czwartek, 20 grudnia 2012

Deep Purple California Jamming 1974


Festiwal California Jamming odbył się 6 kwietnia 1974 roku na Ontario Motor Speedway. Jedną z głównych gwiazd był zespół Deep Purple występujący w tym okresie w składzie MK III (Blackmore, Lord, Paice, Hughes, Coverdale) Zarejestrowany występ został  wydany zarówno w formacie CD audio jak i DVD video kolejno w latach 2003 i 2004. Jakość dźwięku i obrazu oczywiście bardzo przeciętna jak to zwykle bywa z tego typu materiałem nagrywanym w latach 70. Dlatego nie można podchodzić do tej kwestii przesadnie krytycznie.

Deep Purple live California Jamming to jeden z najbardziej znanych, można by powiedzieć historycznych występów w karierze zespołu. Częściowo na pewno ze względu na muzykę, ale  jednak także z powodu dość sensacyjnego przebiegu wydarzeń mających miejsce już po zakończeniu muzycznego przedstawienia.

W pierwszej kolejności krótko o samej muzyce. Dobór utworów bardzo standardowy jak na skład MK III.  Wychodzą na scenę nad którą góruje zamontowana tęcza(znak szczególny California Jamming, czyżby zapowiedz utworzenia przez Ritchiego Rainbow w następnym roku?) Zwyczajowe otwarcie kompozycją Burn. Świetnie zagrane, jedno z najlepszych zarejestrowanych wykonań.  To samo można powiedzieć o ciężkim Mistreated. W tym ostatnim solo Ritchiego jest bardzo klimatyczne, wolne i bez zbędnego kombinowania. Kolejny utwór to Smoke on the Water, tym razem zagrane podczas zwykłego setu, a nie jak w większości przypadków na bis. Pierwszą zwrotkę śpiewa tutaj Coverdale a drugą Hughes, refren natomiast wykonują wspólnie. Na początku You Fool no One pokaz swoich umiejętności prezentuje Jon Lord, z kolei w końcówce Blackmore. Ian Paice swoje pięć minut ma w kolejnym utworze The Mule. Zagrał wspaniale, porównywalnie z tym co pokazał dwa lata wcześniej na Made in Japan. N zakończenie dostajemy rozimprowizowany Space Truckin’ z Machine Head w którym najpierw popisuje się Lord a potem Pan w Czerni. Zaczyna się prawdziwy show. Ritchie wymachuje swoją gitarą nadal na niej grając. W końcu wyrzuca ją poza scenę i bierze drugą, którą zaczyna uderzać w stojącą niedaleko kamerę.(nie znosił kamerzystów mierzących bezpośrednio w niego) Po kilku bezlitośnie wymierzonych ciosach, kilkukrotnie rzuca gitarą o podłogę sceny. W końcu i jej resztki lądują wśród publiczności. To jednak nie wszystko. Wcześniej poinstruowani techniczni rozlewają trochę benzyny, podpalają ją i następuje mały wybuch. W płomieniach staje jeden ze wzmacniaczy, który zostaje bardzo szybko zepchnięty ze sceny przez Blackmore’a. Na jednej z ocalałych gitar dogrywa ostatnie nuty utworu. Koniec występu.

Jak podają autorzy najnowszej biografii Deep Purple Ritchiemu za te wybryki groziło w Ontario aresztowanie. Dlatego przytomny menedżer zespołu od razu ewakuował gitarzystę do samochodu, który zawiózł go w miejsce gdzie stał przygotowany helikopter. Bardzo szybko opuścił on granicę stanu i przetransportował niesfornego członka zespołu do Los Angeles gdzie nie było już żadnego niebezpieczeństwa. Reszta grupy nie była o nic oskarżana więc opuściła hrabstwo bez pośpiechu. Zespół mógł być obarczony kosztami odszkodowania ale w końcu i to uszło mu na sucho.

Te dziwne wydarzenia w pewnym stopniu uczyniły występ niezapomnianym. Trzeba jednak przyznać że Purple dali na California Jamming wyśmienity koncert. Można postawić go oczko niżej od Made in Japan(MKII), ale na pewno jest to najlepszy zarejestrowany show jeśli chodzi o skład MK III (bije na głowę przykładowo wydawnictwo Made in Europe). Ostatecznie ocenię 8/10 M.P.


środa, 19 grudnia 2012

Sting Bring On The Night


Bring On The Night to swego rodzaju film dokumentalny, zawierający także zapis koncertu. Po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1986 roku. Wydawnictwo na DVD video ukazało się w 2005 roku i to właśnie ono trafiło w moje ręce. Jakość muzyki i obrazu jest zadowalająca. Ponadto mamy możliwość wybrania rodzaju dźwięku stereo albo 5.1. Na płycie możemy znaleźć też trochę materiałów  dodatkowych, między innymi galerię ze zdjęciami. 

Obraz ukazuje przygotowania Stinga i jego nowo zebranego zespołu do serii występów w roku 1985. Większość scen ukazuje próby które odbywały się w prywatnej posiadłości byłego członka The Police. Sting zebrał bardzo ciekawy skład. Większość to w zasadzie muzycy jazowi, sławni w tym środowisku. Na perkusji Omar Hakim, na gitarze basowej Darryl Jones, w tamtym okresie czasu znany z występów z Milesem Davisem, dzisiaj członek The Rolling Stones. Na saksofonie Branford Marsalis i na keyboardzie Kenny Kirkland. Sam lider gra na gitarze i śpiewa. Zajmuje się także aranżacją utworów. Bardzo często udziela wszystkim muzykom wskazówek, w jakiej formie chciałby je usłyszeć, w jaki sposób mają je zagrać. W większości są to kompozycje z jego nowej w tym czasie płyty solowej The Dream of The Blue Turtles. Ujęcia z prób przeplatają się z licznymi wywiadami w których pozostali wypowiadają się na temat pracy w tym zespole, współpracy z samym Stingiem, oraz ogólnie o swoim życiu, zainteresowaniach, przeszłości muzycznej i prywatnej. Niestety nie ma możliwości uruchomienia napisów w języku polskim.

W drugiej części DVD dostajemy już zapis pierwszego z koncertów tej grupy w teatrze Mogador w Paryżu. Kurtyna idzie w górę i słyszymy pierwszy utwór. Shadows in the Rain zagrany z niezwykłą energią, zespół brzmi wprost fantastycznie, Sting pewny siebie, uśmiecha się do publiczności, która już wie, że tego występu nie zapomni. Gromkie brawa i jeszcze w czasie ich trwania zaczynają kolejny kawałek. Fortress Around Your Heart, trochę wolniejsza kompozycja z przejmującym wokalem - cudo. Mocnym punktem występu jest na pewno Childrens Crusade zawierające wpadający w ucho refren i mocno pokręcone solo Marsalisa na saksofonie sopranowym. Kolejne Need Your Love So Bad to typowy bluesik którego bardzo miło się słucha. Mamy także dwa utwory z dyskografii The Police: Roxanne z ich debiutanckiej płyty Outlandos d'Amour(1979), oraz Demolition Man z Ghost in the Machine(1981). Zespół schodzi za kulisy, ale widzowie ogromnymi owacjami domagają się bisu i dostają go. Na scenę wraca jednak tylko sam Sting. Na zakończenie wykonuje jeszcze jeden utwór z repertuaru ,,Policjantów": Message in the Bottle.         

Ogólnie wszystkie utwory utrzymane zostały w stylistyce jazzowej, aczkolwiek zagrane z całą mocną, energią właściwą dla szeroko pojętego rocka. Świetne wykonania instrumentalne wzbogacone o głos Stinga dały niesamowity efekt. Wydaje mi się, że koncert przypadnie do gustu zarówno fanom jazzu jak i nieco mocniejszego uderzenia. Pod względem muzyki to majstersztyk! Naprawdę zachęcam wszystkich do obejrzenia i skomentowania. Ogólna ocena wydawnictwa 9/10. Jeden punkcik odjąłem w tym wypadku za drobne szczegóły w rodzaju braku polskich napisów(dostępne jest kilka języków a polskiego brak) M.P.

sobota, 15 grudnia 2012

Scorpions Acoustica 2001


Acoustica to pierwsze wydawnictwo koncertowe Scorpionsów zawierające utwory w wersjach akustycznych. Występ został zarejestrowany w lutym 2001 roku w Lizbonie. Całość wydana w tym samym roku zarówno na CD audio jak i DVD video przez Warner Music. Jakość materiałów, tak obrazu jak i dźwięku stoi na wysokim poziomie - duży plus dla wydawców.
 
Parę słów na temat składu zespołu: Na perksusji James Kottak (od 1996 roku),  gitary oczywiście Matthias Jabs i Rudolf Schenker, na basie i kontrabasie Ralph Rieckermann, frontmanem niezmiennie od założenia zespołu pozostaje Klaus Meine. Na Acoustice wystąpiło także kilku muzyków wspomagających: Christian Kolonovits na pianinie i organach, Johan Daansen na gitarze akustycznej, Mario Argandona na instrumentach perkusyjnych i wspaniała Ariana Arcu na wiolonczeli.
 
Pewnie niektórym ciężko sobie wyobrazić zespół Scorpions grający akustycznie. Przecież panowie zawsze dają swoje koncerty z pełną energią, dosłownie bombardując słuchaczy mocnymi riffami gitarowymi i ostrym heavy metallowym graniem. Otóż Acoustica pokazuje wielką wszechstronność muzyków tej grupy. Nie znajdziecie na niej ciężkiego brzmienia o którym wspomniałem wcześniej, mimo to przygotujcie się na kawał naprawdę dobrej muzyki. A jest na co bo usłyszycie prawie wszystkie stare przeboje zespołu w nowych aranżacjach – świetnych aranżacjach. Scorpions słynie także z heavy metallowych ballad. Na Acoustice jest ich sporo, a w wersjach unplugged brzmią naprawdę fantastycznie. Mamy: Always Somewhere(Love Drive), You and I(Pure Instinct), Dust in the Wind(z repertuaru Kansas), Send Me an Angel(Crazy World), Under the Same Sun(Face the Heat), Back to You, Drive, I Wanted to Cry, oczywiście są też dwa wielkie hity Wind of Change(Crazy World) I Still Loving You(Love at First Sing). Z balladowych kompozycji zabrakło niestety White Dove(utwór Omegi scoverowany przez Scorpionsów w 1995 roku), When the Smoke Is Going Down i czego najbardziej żałuję In trance. Ballady to jednak nie wszystko co oferuje nam Acoustica. Dostajemy świetnie zagrane bluesujące The Zoo(Animal Magnestism), Rhythm of Love(Savage Amusement) w którym rockowy pazur w krótkiej solówce perkusyjnej pokazuje James Kottak, ciekawie brzmi Rock You Like a Hurricane(Love at First Sing) które figuruje na tym wydawnictwie pod nazwą Hurricane 2001.
 
Rockowi muzycy podeszli do akustycznego projektu z pełnym profesjonalizmem. Utwory zostały zaaranżowane tak że słucha się ich bardzo lekko i przyjemnie. Ja sam wracam do tego koncertu raz po raz. W oprawę artystyczną występu dodatkowo została zaangażowana specjalna grupa tancerek, której członkinie są często ukazywane przez kamerę. Acoustica to wydawnictwo jakże różne od bardziej klasycznych propozycji Scorpionsów w typie World Wide Live 1985, Live Bites 1995 czy Live at Wacken Open Air 2006, ale prezentujące z pewnością podobny, bardzo wysoki pułap artystyczny. Na pewno nie zawiodą się fani zespołu, a być może zwrócą na nie uwagę nawet osoby nie przepadające za hard rockiem i heavy metalem w klasycznym wydaniu niemieckiej formacji. Zdecydowanie polecam wszystkim na długie zimowe wieczory! Bardzo wysoka ocena 9/10. M.P.

piątek, 14 grudnia 2012

Deep Purple Made in Europe


Made in Europe to album live trzeciego składu Deep Purple (MKIII). Zawiera zapis utworów z trzech koncertów zagranych przez grupę w kwietniu 1975 roku. Odbyły się one kolejno w miejscowościach Graz, Saarbrucken, Olympia. Wydawnictwo po raz pierwszy ujrzało światło dzienne w październiku 1976, w wersji na CD w 1990, a ostatni raz remasterowane było w 2007 roku. Ogólnie prezentuje się niestety wyjątkowo mizernie. Oprawa graficzna nie odrzuca ale jest dość uboga: mała wkładka po rozłożeniu prezentuje jedynie po jednej fotografii każdego członka zespołu, żadnego tekstu. Jakość nagranego materiału jest słaba. Dźwięk jest bardzo marny, słychać szumy. W jednej z najnowszych biografii grupy wydanie zostało określone jako bootlegowe i nie sposób się z tym nie zgodzić.

Deep Purple MKIII tworzyli: Ritchie Blackmoore na gitarze, Glenn Hughes na gitarze basowej, Jon Lord na organach Hammonda, Ian Paice na perkusji i David Coverdale na wokalu. Warto wspomnieć, że koncerty z których pochodzi materiał na Made in Europe były jednymi z ostatnich w latach 70, na których z grupą zagrał Ritchie Blackmoore. Niedługo później jego miejsce zajmie Tommy Bolin.

Album zawiera jedynie pięć utworów. Trzy pochodzą z płyty Burn( Burn, Mistreated, You Fool no One) a dwa z dopiero co wydanego Stormbringera (Stormbringer, Lady Double Dealer) Zdecydowanie można było go wzbogacić choćby o Smoke on The Water czy Space Truckin, które przecież także były wykonywane przez trzeci skład. Przechodząc do konkretów, gra zespołu jest na poziomie. Na wejście elektryzujące Burn, potem eksplodujące wspaniałym riffem Ritchiego i mocnym wokalem Coverdale’a Mistreated to najmocniejsze punkty. Sekcja rytmiczna a przede wszystkim Ian Paice, brzmi dobrze we wszystkich utworach. Blackmoore już na wylocie z zespołu i myślami przy swojej pierwszej solowej płycie pokazuje raczej mało ze swoich umiejętności: fajne solówki w Burn i You Fool no One. Jako ostatnie dostajemy wykonanie Stormbringer, miło się słucha ale nie porywa i nie zwala z nóg. Wygląda na to że to już...wszystko?   

W ramach krótkiego podsumowania: Wydawnictwo bardzo przeciętne, żeby nie powiedzieć słabe, spodziewałem się czegoś lepszego. Made in Europe będzie z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolekcji dla koneserów. Z kolei dla tych którzy chcą tylko posłuchać , poznać Deep Purple Mk III polecam raczej zakup studyjnego albumu Burn. Długo zastanawiałem się nad ostateczną oceną niestety tylko 5/10 Słabo!. M.P.

czwartek, 13 grudnia 2012

Rainbow Live on Japan Tour 1984



Po wspaniałym okresie działalności Rainbow z Rooniem Jamesem Dio w roli głównego wokalisty i krótkim epizodzie z Grahamem Bonetem (jedna płyta) nadszedł czas na nowe wcielenie zespołu. W 1980 roku formację Ritchiego Blackmoore’a  zasilił frontman Joe Lynn Turner. Nowy wokalista częściowo wpłynął na zmianę wizerunku zespołu. W odróżnieniu od Dio jego głos brzmi nieco pop rockowo. Zrozumiałe więc iż fani Rainbow dzielą się obecnie na dwa obozy. Sam uważam za ciekawsze klasyczne wcielenie ,,tęczy” z Rooniem, ale to właśnie na temat tego drugiego przyszło mi tym razem napisać.

Live Japan 1984 to koncert zarejestrowany podczas ostatniej trasy koncertowej Rainbow przed jego rozwiązaniem przez Ritchiego(gitarzysta rozwiązał zespół ponieważ podjęto decyzję o reaktywacji Deep Purple) w tym samym roku. Wydany na DVD, w zadowalającej jakości zarówno dźwięku i obrazu, biorąc pod uwagę iż nagranie pochodzi z połowy lat 80.

Podczas trasy Japan Tour 84 Rainbow stanowili: Ritchie Blackmore, oczywiście lider i gitarzysta, wspomniany już wyżej wokalista Joe Lyn Turner. Na gitarze basowej stary znajomy Ritchiego z Deep Purple, Roger Glover występujący w Rainbow już od 1978 roku. Na instrumentach klawiszowych David Rosenthal i na perkusji Chuck Burgi.

Koncert ciężko porównać do tych z czasów kiedy wokalistą był Dio i w zasadzie nie powinno się tego robić. Na live Japan zespół zaprezentował większość nowych wtedy utworów z trzech płyt nagranych z Turnerem: Difficult to Cure(1981), Straight Between the Eyes(1982), Bent Out of Shape(1983.) Moim zdaniem Joe najlepiej wypadł w utworach nieco wolniejszych, tych z lekkim zabarwieniem popowym jak na przykład Street of Dreams. Mamy też bardzo fajne wykonania otwierającego występ Spotlight Kid czy I Surrender z Difficult to Cure. Ze starszych kompozycji słyszymy Catch the Rainbow z pierwszej płyty Ritchie Blackmore’s Rainbow. Ballada jednak w wykonaniu Turnera nie brzmi już tak wzruszająco jak za czasów Rooniego, niestety to już zupełnie inny klimat. Ritchie Blackmoore przez cały koncert prezentuje najwyższą formę zarówno podczas gry solówek jak i w grze rytmicznej. Na uwagę zasługują riffy w Power i Stranded, czy wirtuozerski popis w Difficult to Cure podczas którego na chwilę podłącza się orkiestra symfoniczna. Bardzo podobają mi się też melodyjne solóweczki w wymienionych już wcześniej utworach Street of Dreams i I Surrender - po prostu majstersztyk. Na uwagę zasługuje też instrumentalny Ritchie’s Blues – swego rodzaju pojedynek solówkowy Ritchiego i klawiszowca Davida Rosenthala. Oprócz Blackmoore’a zarówno Rosenthal jak i perkusista Chuck Burgi mają swoje pięć minut podczas których prezentują własne umiejętnosci przy jednoczesnym wyłączeniu się pozostałych członków zespołu. Jeżeli chodzi o Rogera Glovera to gra w tym zespole już od kilku lat, widać że czuje się pewnie na scenie i tę pewność przelewa na świetną grę. Na zakończenie dostajemy Smoke on The Water, oczywiście z repertuaru Deep Purple. Mnie osobiście jako fanowi purpurowych ta wersja zdecydowanie nie przypadła do gustu. Turner śpiewa tu w zupełnie inny sposób niż Gillan, jakby zbyt łagodnie. Nie twierdzę absolutnie, że jest złym wokalistą, mimo wszystko jednak Smoke... to moc i energia i w ten sposób należy to śpiewać.

Podsumowując Live Japan 1984 to jednak dobry koncert. Wspaniali instrumentaliści i mimo wszystko dobry wokalista. Całkiem przyzwoity dobór utworów, stawiający na pierwszym miejscu te z albumów nagranych już z Turnerem( i bardzo dobrze bo po co prowokować porównania do Dio). Wielbiciele Deep Purple mogą chwilami się nudzić ale gdy usłyszą grę swojego gitarowego idola(czyżby już w tym samym roku miała zostać wydana płyta Perfect Strangers?) zawiedzeni na pewno nie będą. Kawałek dobrej muzyki moja ocena 7/10. M.P.

środa, 12 grudnia 2012

Deep Purple: Come Hell or High Water


Po Made in Japan nadszedł czas na recenzję kolejnego wydawnictwa koncertowego w dorobku Deep Purple. Tym razem pod moją lupę trafił album Come Hell or High Water. Dostępny zarówno w wersji DVD video jak i CD audio. Na mojej półce znajduje się w wersji CD.
Wydany w listopadzie 1994 roku Come Hell or High Water jest zestawieniem utworów zarejestrowanych podczas trasy koncertowej The Battle Rages on tour live 1993. Część utworów pochodzi z zapisu wystepów w niemieckim Stutgarcie, a część z angielskiego Birmingham. Po raczej słabo ocenionej przez krytyków płycie Slaves and Masters i krótkim okresie Deep Purple z Joe Lynn Turnerem w roli wokalisty, jakby z okazji 25-lecia istnienia zespołu fani ponownie dostają szansę usłyszenia Wielkiej Piatki  w swoim pełnym, a zarazem najlepszym składzie, z Ianem Gillanem w roli frontmana. Pytanie czy panowie nadal mają coś do zaprezentowania? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak, ale wszystko po kolei.

Zaczynamy standardowo, oczywiście Highway Star. Odrazu słyszymy, że zespół nadal brzmi świetnie. Ritchie, Ian, Roger i Jon grają jak za starych dobrych lat. Co prawda solówki są trochę krótsze, mniej szalone niż w latach 70, za to bardziej przemyślane i prezentujące wielkie doświadczenie muzyków. Zdecydowanie gorzej wypada Ian Gillan, którego głos nie jest już taki mocny jak kiedyś. Koniec końców nie ma się co dziwić a lata przecież lecą. Kolejny utwór Black Night całkiem fajnie wykonany, zakończony wokalną zabawą Gillana z publicznością. Nie mogło obyć się bez Perfect Strangers – purpurowego hymnu lat 80. Siedzimy więc, słuchamy starego dobrego hard rocka i...wracają nam wspomnienia. Następnym kawałkiem jest countrowa ballada Anyones Daughter z płyty Fireball. Bardzo fajnie się jej słucha w wersji live. Cały numer utrzymany jest w świetnym klimacie, na uwagę zasługuje wpadające w ucho, melodyjne solo gitarowe Blackmoore’a. Ogólnie rzecz ujmując bardzo mocny punkt albumu. Pora na Child in Time – pod względem muzycznym cudo, ale ze względu na Iana Gillana utwór nie powinien znaleźć się na tej płycie. Jedno ze słabszych wykonań wokalnych. O ile w zwrotkach wokalista brzmi dobrze to w refrenie jego dawny wrzask przepełniony niesamowitą energią zamienia się w krzyk rozpaczy. Słabo Ian czyżby pora przejść na emeryture? Nie to jeszce nie czas, ale z pewnością należy pomyśleć o rozsądniejszym doborze repertuaru.  Po Child in Time dostajemy mój ulubiony numer z jubileuszowej płyty The Battle Rages On – Anya. Wykonanie dobre naładowane energią i w końcówce mocno rozimprowizowane należy zaliczyć do mocnych punktów. Na zakończenie Speed King i oczywiście Smoke on The Water. Oba jak zwykle doskonałe. Zabrakło wielu wspaniałych utworów ale oczywiście nie da się wszystkiego upchać na jedno wydawnictwo.

Mimo upływu lat Deep Purple na koncertach trasy roku 1993 prezentowało wysoki poziom muzyczny. Szkoda tylko że już w niedługim czasie z powodu sporów z pozostałymi członkami zespół opuścił Ritchie. Jeśli chodzi o jakość samego wydawnictwa koncertu, jest w porządku. Zarówno dzwięk, jak i obraz w wersji na DVD nie budzą zastrzeżeń. Moja ocena 6/10 może niska ale wśród purpurowych wydawnictw możemy naprawdę przebierać, dlatego wydaje mi się, że Come Hell or High Water znajdzie się raczej tylko w rękach co bardziej zagorzałych fanów Purpli.
Michał Pawlica

Miles Davis live in Montreal 1985

W ramach odskoczni od rockowych klimatów napiszę krótko na temat jazzowego koncerciku Milesa Daviesa Live in Montreal 1985. Na moją półkę trafił on w wersji DVD z 2005 roku. Wydanie nie zachwyca, brak jakichkolwiek materiałów dodatkowych. Jakość dźwięku i obrazu nie jest najwyższych lotów ale i nie odrzuca.

Występ jest stosunkowo krótki bo trwa niecałą godzinę. Zespół prezentuje nam sześć utworów. Dwa z nich to jazzowe covery rockowych nagrań. Mamy Human Nature Michaela Jacksona, oraz Time After Time Cyndi Lauper. Oba wydane przez Milesa na płycie You Are Under Arrest z września 1985 roku. Z tego samego albumu pochodzi utwór otwierający koncert: One phone call. Grane są jeszcze Code M.D. i Jean Pierre.

Miles zawsze dobierał sobie wspaniałych muzyków. W przypadku Live in Montreal jest podobnie. Słyszymy świetną grę gitarzysty Johna Scofielda. Jest to jeden z ostatnich występów Johna z Milesem, gitarzysta niedługo później odchodzi z zespołu i zaczyna nagrywać swoje solowe płyty (które zresztą są świetne). W zespole wyróżnia się także niesamowita gra basisty Daryla Jonesa, który wkrótce nagra ze Stingiem fantastyczne Bring On The Night. Na bębnach Vince Wilburn, siostrzeniec Milesa. Sam Davies nie jest już w wysokiej formie co zresztą bardzo dobrze słychać. Jego zadęcie jest słabe, co jakiś czas zdarza mu się zafałszować. Solówek gra raczej mało w czym dobrze wyręcza go na sopranie saksofonista Robert Berg.

Podsumowując: Miles to legenda jazzu i w jego dorobku znajduje się wiele lepszych koncertów do których można sięgnąć, by wymienić tu choćby tylko My funny Valentine. Mimo słabej gry lidera na Live in Montreal pozostali muzycy grają na wysokim poziomie. Koncertu warto posłuchać choćby dla samego wykonania Time After Time. Moja ocena to 7/10 przez wzgląd na mistrza! R.I.P Miles! M.P.

Keith Richards & The X Pensive Winos: Live at the Holywood Palladium 1988

Keith Richards jest jednym moich ulubionych wykonawców, więc nie mogłem sobie odmówić zrecenzowania tej pozycji koncertowej należącej do solowych dokonań artysty. Postaram się żeby ten fakt nie zaburzył mojego osądu. W ramach krótkiego wprowadzenia: The X Pensive Winos jest zespołem który Keith stworzył wraz z perkusistą Stevem Jordanem w 1988 roku. Wspólnie dobrali resztę składu, którego Richards został niekwestionowanym liderem. Skład ten okazał się niezwykle wszechstronny, ponieważ większość muzyków potrafiła śpiewać, oraz grać na więcej niż jednym instrumencie. Wspólnie nagrali dwie płyty i odbyli dwie trasy koncertowe. Sam Keith twierdzi po latach, że gra w tym zespole dała mu wiele przyjemności i była świetnym epizodem w jego życiu.

Live at the Holywood Palladium został zarejestrowany 15 grudnia 1988 roku ,wydany w Stanach Zjednoczonych w 1991 roku. Już pierwszy utwór Take it so hard pokazuje niesamowite zgranie zespołu. Ponadto widzimy Keitha który wydaje się znakomicie czuć w roli frontmana, nie tylko gitarzysty ale i głównego wokalisty. Kolejne dwie kompozycje to How i wish i I Could Have Stood You Up. Jak do tej pory wszystkie trzy numery z debiutanckiej płyty ,,Winosów”. Teraz jednak czeka nas niespodzianka: zespół prezentuje Too rude utwór z płyty Rolling Stonesów Dirty Work z 1986 roku. Wykonanie tego reggae'owego kawałka bardzo mi się podoba i często do niego wracam. Make no mistake to dialog wokalny Keitha i czarnoskórej wokalistki Sary Dash, który brzmi całkiem w porządku. Natomiast następne Time is on my side wokalnie zdominowane już całkiem przez Sarę jakoś nie przypadło mi do gustu. Jedną z najlepszych prezentowanych kompozycji jest Loocked Away spokojna ballada prowadzona od początku do końca przez Keitha. Zawiera bardzo miły dla ucha dialog gitarowy z Waddym Wachtelem. Wysoki poziom prezentuje też kolejne bardzo dynamiczne Struggle. Na finał dostajemy dwa utwory ze stajni The Rolling Stones: są to Happy z ponadczasowej płyty Exile On Main Street( w oryginale także słyszymy wokal Keitha) z 1972 roku, oraz Connection z Between the Buttons.

Myślę, że czas na podsumowanie. Zdecydowanie ukłony należą się Keithowi za sprostanie podwójnej roli w zespole. Jeśli chodzi o dobór utworów: Jedna płyta Winosów to trochę zbyt mało żeby zapełnić cały set koncertowy, dlatego nie powinno dziwić dokooptowanie kilku numerów Stonesów. W sumie Live at the Holywood Palladium to koncert zawierający punkty bardzo mocne, wręcz świetne, ale i miejscami słabsze. Wydaje mi się że fani Rolling Stonesów czy samego Keitha (w tej grupie jestem i ja) przyjmą go raczej entuzjastycznie i będą do niego wracać. Z drugiej  strony słuchacze mniej zainteresowani, którzy akurat przypadkiem trafią na to wydawnictwo mogą chwilami się nudzić. Moja ostateczna ocena 8/10  M.P.

 Muzycy:

 Keith Richards: gitara, wokal                
 Waddy Wachtel: gitara
 Steve Jordan: perkusja, w kilku utworach bas
 Charley Drayton: bas, w kilku utworach perkusja
 Ivan Neville: klawisze, wokal
 Bobby Keys: saksofon
 Sarah Dash: wokal  

 Lista utworów:

 Take It So Hard
 How I Wish
 I Could Have Stood You Up
 Too Rude
 Make No Mistake
 Time Is On My Side
 Big Enoug
 Whip It Up
 Locked Away
 Struggle
 Happy
 Connection



Toto Live Yokohama 1999

W ostatnim czasie po dłuższej przerwie ściągnąłem z półki koncert grupy Toto: Live Yokohama 1999. Uważnie odsłuchałem całego występu i stwierdziłem, że muszę napisać na jego temat kilka słów. Nagrany 24 kwietnia w Yokohamie, wydany został w wersji DVD.
Na początek zacznę od pozytywów. Przede wszystkim muzyka, muzyka i jeszcze raz muzyka. Toto było zespołem złożonym z samych profesjonalistów, w przeważającej części muzyków sesyjnych. Mimo stosunkowo częstych zmian personalnych (głównie wokalistów) ich koncerty zazwyczaj brzmią świetnie i prezentują dobre zgranie grupy. Tak samo jest i w przypadku live Yokohama. Jest czego posłuchać bo łączny czas trwania wynosi ponad dwie godziny, dlatego skupię się na opisie bardziej interesujących momentów.
 
Pierwszym ciekawszym utworem jest I will remember z płyty Tambu. Przejmująca ballada zaśpiewana przez gitarzystę zespołu Stevena Lukathera. Trzeba przyznać że Steve jest także wspaniałym wokalistą, który mimo upływu lat brzmi na żywo nadal świetnie. Po dobrze wykonanym hicie Rosanna gasną światła i na scenie pozostaje tylko Lukather, który prezentuje nam swoją technikę gry na gitarze grając kilkuminutowe solo. Z kolei po wykonaniu Jake to the bone z płyty Kingdom of Desire solówkę perkusyjną prezentuje Simon Phillips. Łza w oku kręci się podczas wykonania I won’t hold you back z rewelacyjnego albumu Toto IV. Nie mogło zabraknąć kolejnego radiowego przeboju: Africa z motywem przewodnim granym na keyboardzie. Mamy także dwa utwory z pierwszej płyty: Child’s Anthem i Girl Goodbye. Prezentacja muzyków i na koniec oczywiście – dosyć standardowo – Hold the Line. Szkoda, że zabrakło utworów ze wspaniałego okresu współpracy zespołu z wokalistą Josephem Williamsem w drugiej połowie lat 80, takich jak: Pamela, Stop Loving You a przede wszystkim I’ll be Over You.
Ogólnie podsumowując zespół gra świetnie. Muzycy byli w tym czasie w wysokiej formie muzycznej. Lukather wprost zachwyca melodyjnymi solówkami, które nie są jedynie popisem technicznym, ale odrębną częścią każdego utworu. Mike Porcaro, który moim zdaniem należy do najlepszych basistów na świecie, trzyma groove rewelacyjnie. W zasadzie kotwiczy rytmicznie cały zespół, podczas dość mocno rozwiniętych solówek. Simon Philips godnie zastępuje na perkusji zmarłego w 1992 roku Jeffa Porcaro. David Paich robi jak zwykle świetną robotę na klawiszach. Po czternastu latach nieobecności widzimy w zespole ponownie Bobbyego Kimbala na wokalu. Ogólnie śpiewa dobrze (aż przypominają się pierwsze płyty Toto), chwilami jednak zdarzy mu się zafałszować, czy nie wycisnąć górki. Wspomaga go w tych momentach wokalista dodatkowy Buddy Hyatt i tradycyjnie jak to już w Toto - cała reszta zespołu.
       
Tyle jeśli chodzi o dobre strony, niestety czas przejść do negatywów. Wielkim minusem jest jakość wydania koncertu. Dźwięk jest na bardzo słabym poziomie, często występują wahania głośności. Jeszce gorzej prezentuje się obraz, który przywodzi na myśl stare wydawnictwa na kasetach VHS z lat 80, a nie DVD. Można by było to usprawiedliwić w przypadku gdyby koncert był nagrywany w latach 70 lub 80. Co to właściwie ma być? Niestety Live Yokohama 1999 to totalna porażka wydawnicza. Całość tylko ze względu na wspaniałą muzykę oceniam 7/10.


Skład zespołu:

 Steve Lukather - gitara
 Bobby Kimbal - wokal
 Simon Phillips - perkusja
 David Paich - klawisze
 Mike Porcaro - gitara basowa
 Tony Spinner - gitara
 Buddy Hyatt - wokal wspomagający
 John Jessel - klawisze, wokal wspomagający



Keith Richards Life

Po Autobiografię Keitha Richardsa zatytułowaną ,,Life” sięgnąłem ponieważ w ostatnim czasie mocniej siedzę w klimacie muzyki The Rolling Stones, co zainspirowało mnie do poszerzenia swojej wiedzy na temat historii zespołu. Jak wiadomo Pan Richards jest jego gitarzystą i jednym z założycieli. Swoją biografię napisał wspólnie z Jamesem Foxem, który prawdopodobnie czuwał nad przejrzystością i poprawnością stylistyki tekstu.     

Recenzowana przeze mnie pozycja została wydana przez wydawnictwo Albatros, przetłumaczona z oryginału na język polski przez Magdalenę Bugajską. Oryginał ukazał się w 2010 roku. Autor rozpoczyna opowieść o swoim życiu w sposób nie chronologiczny. W rozdziale pierwszym czytamy nie jak można by przypuszczać o dzieciństwie Keitha, lecz przenosimy się od razu do roku 1975 a więc do jednej z tras koncertowych Stonesów po Stanach Zjednoczonych. Co więcej jesteśmy w środku jednej z wielu ekscentrycznych przygód zespołu związanych z narkotykami, zakończonej aresztowaniem jego członków przez funkcjonariuszy policji. Moim zdaniem jest to ciekawy zabieg mający na celu na samym wstępie zainteresować czytelnika szybko i dynamicznie rozwijającą się akcją. W rozdziale drugim autor powraca do swoich najmłodszych lat, aby w kolejnych przedstawić, już w sposób chronologiczny przeplatające się wydarzenia to dotyczące kariery zespołu The Rolling Stones, to znowu ze swojego prywatnego życia. ,,Life” to jednak nie tylko suche fakty z toczących się kolei losu Richardsa. Według mnie to swoista encyklopedia wiedzy na temat muzyki ponad czterech dekad. Keith ukazuje zmienne realia panujące w świecie rock&rolla prowadząc nas przez lata 60 - 90 ubiegłego wieku. Znajdujemy wiele odniesień do muzyki bluesowej pod której wpływem znajdował się autor. Czytamy także na temat najnowszej historii zespołu, jednak obraz skupia się głownie na latach 60 oraz 70. Muzyk bardzo często wypowiada się na temat technicznych spraw związanych z grą na gitarze, śledzimy więc jego stałe postępy od najmłodszych lat, aż do osiągnięcia mistrzostwa. Ze względu na to pozycja może zainteresować osoby grające na tym instrumencie. W trakcie lektury poznajemy także realia panujące w świecie wytwórni płytowych.     
Język autobiografii jest bardzo przystępny, nawet dla czytelnika nie będącego za pan brat z tematem, być może dopiero zaczynającego swoją przygodę z muzyką. Keith często ujmuje wydarzenia w żartobliwy sposób co moim zdaniem pozytywnie wpływa na odbiór tekstu. Z drugiej strony artysta ukazuje siebie, pozwolę sobie stwierdzić, w nieco zbyt korzystnym świetle. Rzadko kiedy stać go na jakiekolwiek słowo krytyki pod adresem własnej osoby. Przeciwnie, niejednokrotnie stara się usprawiedliwiać własne błędy i postępki pokroju odbicia dziewczyny swojemu przyjacielowi z zespołu, gitarzyście Brianowi Jonesowi. Moje pozytywne odczucia wzbudziła jednak łatwość i szczerość z jaką Keith pisze o swoich problemach z narkotykami i alkoholem. Dość szczegółowo wypowiada się także na temat miłości i przyjaźni w swoim życiu. Aby wszystko stało się bardziej przejrzyste dla czytelnika, często przytacza wypowiedzi innych ludzi, zazwyczaj swoich przyjaciół. Cytaty zawsze stwarzają wrażenie wiarygodności przedstawianych wersji wydarzeń. W książce zamieszczone są ilustracje ukazujące różne etapy kariery Stonesów, głownie zdjęcia z koncertów czy wspólnych imprez członków zespołu. Są bardzo ciekawym dodatkiem w szczególności dla fanów.

Podsumowując stwierdzam iż ,,Life” jest obowiązkową pozycją na półce każdego szanującego się fana rock&rolla a w szczególności dla osób interesujących się historią szeroko pojętej muzyki. Widać że autobiografia nie jest jedynie gniotem napisanym dla pieniędzy, w chwili kiedy autor znajduje się aktualnie, chwilowo, na szczycie popularności. Z tego typu zjawiskiem spotykamy się niestety coraz częściej. W przypadku ,,Life” autor ma ogromne doświadczenie sceniczne, tym samym ma naprawdę coś do powiedzenia. Książkę czyta się przyjemnie i lekko dlatego wydaje mi się że będzie to dobra lektura dla każdego.   
                                                                                                                              Michał Pawlica

Rainbow Live Munich 1977



Koncert zarejestrowany w Monachium 20 października 1977 roku. Wydany w 2006 roku zarówno w formacie DVD video jak i CD audio.
          
 Live in Munich to trzecie wydawnictwo koncertowe zespołu Rainbow. Dostaliśmy materiał zarówno na CD jak i DVD. Różnica w zasadzie żadna prócz pominięcia intra w wersji audio. Zespół zaczyna od Kill the King utworu z trzeciego z kolei swojego albumu studyjnego Long Live rock n’ roll. Dalej mamy Mistreated zaczerpnięte z repertuaru Deep Purple, a dokładnie z wydanego 3 lata wcześniej albumu Burn. Tutaj ukłon w stronę Rooniego Jamesa Dio, którego wokal wydaje się bić na głowe nawet oryginalne wykonanie utworu przez Davida Coverdale’a. Następnie dwa utwory z pierwszej płyty: Sixteenth Century Greensleeves, oraz pięknie wykonana ballada Catch The Rainbow i znowu muszę wspomnieć o świetnym głosie Rooniego, który w tej ostatniej tworzy naprawdę niepowtarzalny nastrój (aż chciałoby się być tam i słyszeć wszystko na żywo).

  Dalej dostajemy ekspolzję rockowej muzyki w Long live rock n’ roll tytułowej pozycji trzeciego albumu podczas której Dio zaprasza publiczność do wokalnej zabawy. Później jest już tylko lepiej. Man on the silver Mountain to chyba najlepszy kawałek z pierwszej płyty, świetnie zagrany przez Ritchiego riff, komponujący się z pulsującym basem. W Still I am sad Cozy Powell serwuje nam świetną kilkuminutową solówkę perkusyjną. Na koniec Do you close your eyes z płyty Rising. I Ritchie Blackmore…no właśnie Ritchie trzaskąjący swoją gitarą o podłogę sceny ile sił w rękach. Organizatorzy koncertu na pewno nie byli zadowoleni bo Ritchie wywijając resztkami instrumentu nie zważał nawet na to że obija wzmacniacze gitarowe. Z drugiej strony Pan Blackmore wyrażał zazwyczaj w ten sposób swoje zadowolenie z udanego koncertu (jeśli Ritchie niszczył gitarę to znak, że musiał być w dobrym humorze albo koncert poszedł nadzwyczaj dobrze).

 Ja tez wyrażam swoje najwyższe zadowolenie z powodu iż koncert znajduje się na mojej półce. Jeżeli chodzi o dobór utworów uważam że jest w porządku, szkoda tylko, że nie usłyszeliśmy Rainbow Eyes i Tarot Woman. Jedyną rzeczą do której mógłbym się przyczepić to stosunkowo słaba jakość obrazu no ale przecież mamy rok 1977... 9/10. Życzę miłego słuchania LONG LIVE ROCK&ROLL!!!      M.P.   

 Muzycy:

 Ritchie Blackmore: gitara
 Roonie James Dio: wokal
 Cozy Powell: perkusja
 Bob Daisley: gitara basowa
 David Stone: klawisze

 Lista utworów:

 Intro
 Kill the King
 Mistreated
 Sixteenth Century Greensleeves
 Catch the Rainbow
 Long Live Rock 'n' Roll       
 Man on the Silver Mountain
 Still I'm Sad
 Do You Close Your Eyes? 








Deep Purple Made in Japan




 Pierwszą płytą Deep Purple, którą słyszałem było The Battle Rages on. Jest to album wydany z okazji 25 – lecia powstania zespołu. Pomyślałem wtedy: ,,no no chłopaki naprawdę potrafią grać”. Dzisiaj po ponad 10 latach śledzenia muzyki i historii zespołu mogę stwierdzić, że moją muzyczną przygodę z ,,głęboką purpurą” zaczynałem właściwie od jednej ze słabszych płyt. Jeśli chodzi o wydawnictwa koncertowe CD bądź DVD w przypadku Deep Purple możemy długo przebierać. Tym razem postanowiłem podjąć się recenzji jednego ze starszych koncertów, pochodzącego ze złotego okresu kariery ,,Wielkiej Piątki”. Mowa oczywiście o Made in Japan zarejestrowanym w dniach 15-17 sierpnia 1972 roku w Osace. Koncert został wydany w postaci dwóch CD audio. CD1: Made in Japan zawiera zapis utworów wykonanych w dniach 15,16,17 sierpnia z kolei CD2: The Encores w dniach 16 i 17 sierpnia. Wydawnictwo Emi records remasterowało Made in Japan w 1998 roku i ta właśnie wersja trafiła do moich rąk. Wizualnie prezentuje się bardzo fajnie, dostajemy wkładkę przedstawiającą fotografie z występu, oraz trochę tekstu na temat trasy koncertowej. Ciekawostką jest fakt iż zdjęcie zamieszczone na głównej okładce płyty nie dokumentuje wcale występu w Japoni ale jeden z tych w Londynie.      
          
Panowie zaczynają tradycyjnym otwarciem większości koncertów w ówczesnych latach. Słyszymy delikatny, miarowy rytm na werblu, wybijany przez Iana Paice'a. Fani już wiedzą, to Highway Star. Mija chwila i purpurowa maszyna się rozkręca. Drugi utwór rozpoczynają charakterystyczne organy Hammonda – Jon Lord gra wstęp do Child in time z płyty In rock. Dochodzimy do refrenu i z początku spokojna kompozycja wprost eksploduje wokalizą młodego głosu Iana Gillana. Słyszałem wiele wykonań Child in time, ale to jest moim zdaniem zdecydowanie najlepsze. W przeciwieństwie do wersji studyjnej, niesie za sobą niewyobrażalny ładunek energii. Nie jest to tylko zasługa wokalisty bowiem sekcja rytmiczna pracuje wspaniale, a solówki Lorda i Blackmoore'a należą do najwyższej rockowej półki. Kolejny kawałek to jeden z tych, których nie ma prawa zabraknąć na żadnym z występów Deep Purple. Smoke on the water z dopiero co wydanej w tamtym czasie płyty Machine Head, już zdążyło stać się znakiem rozpoznawczym zespołu. Do tego to live wykonane zostało na bardzo wysokim poziomie. Następny utwór to The Mule z płyty Fireball. Tym razem swoje pięć minut dostał Ian Paice i zaprezentował nam swoje wysokie umiejętności konstruując ciekawą perkusyjną solówkę. Ostatnie dwa utwory zamieszczone na pierwszej płycie koncertowej to Lazy i Space Truckin’, oba z albumu Machine Head. Jak dla mnie Space Truckin jest tu trochę na siłę przedłużony, trwa aż dwadzieścia minut. Druga płyta koncertowa zawiera trzy utwory: Black Night, Speed King i Lucille. Najciekawsze jest tutaj chyba wykonanie Black Night, które zwraca uwagę na dobrą grę sekcji. 

Made in Japan pod względem muzyki bije na głowę późniejsze wydawnictwa koncertowe w rodzaju Nobody’s Perfect czy Come Hell or High Water. Muzyczny majstersztyk bardzo dobrze oceniany przez krytyków. Ja uważam go za najlepszy koncert Deep Purple i jeden z najlepszych rockowych w ogóle. Polecam każdemu, kto chce się przekonać jak brzmieli Purple na żywo w szczytowym okresie swojej działalności muzycznej. Z czystym sercem mogę ocenić 10/10  M.P.

Muzycy:

 Ian Gillan: wokal
 Ritchie blackmoore: gitara
 Jon Lord: organy hammond

 Ian Paice: perkusja
 Roger Glover: gitara basowa

 Lista utworów:

 CD I
 Highway Star
 Child In Time
 Smoke On The Water
 The Mule
 Strange Kind Of Woman
 Lazy
 Space Truckin' 

 CD II
 Black Night
 Speed King
 Lucille 




Peter Gabriel Secret World Live 1993





Pierwszy raz Secret World usłyszałem kilkanaście lat temu i do dziś sięgam do tej pozycji. Gabriel znany jest ze świetnego obycia ze sceną i zaskakiwania widza świetnie wyreżyserowanym showem scenicznym. Tym występem całkowicie to potwierdza. W pierwszym utworze Come talk to me Peter pojawia się na scenie w budce telefonicznej. Dynamiczne wejście w refren i ani się obejrzymy artysta podąża przed siebie śpiewając i jednocześnie ciągnąc za sobą słuchawkę z kablem telefonicznym. Słowa utworu kierowane są do Pauli Cole która oddalona o kilka metrów wspomaga Gabriela swoim wokalem. To dopiero początek albowiem kolejne utwory są świetne. W Steam na uwagę zasługuje ciekawa gra Tonyego Levina. Acros the river to ballada zakończona zaskakującą solówką Manu Katche na perkusji. Świetne wykonania hitów Gabriela Blood of Eden, Solsbury Hill, Sledgehammer potwierdzają najwyższą formę zarówno wokalną jak i kondycyjną w jakiej wówczas znajdował się artysta. Na zakończenie zaserwowana zostaje chyba najpiękniejsza z ballad jaką słyszałem Don't Give up W oryginale z Kate Busch, tutaj numer wykonany wspólnie z Paulą Cole, która moim zdaniem stworzyła w tym utworze, piękny wzruszający klimat, godnie zastępując poprzedniczkę. Ostatni utwór In your eyes to ponad dziesięciominutowy kawał dobrej muzyki. Przeplatają się w nim solówki wokalne i instrumentalne poszczególnych wykonawców.

Czas na podsumowanie. Secret World to świetny koncert, który polecam każdemu. Już na samym początku rzuca się w oczy wysoka klasa muzyków, których zabrał w trasę Peter. Oprócz dobrej muzyki całość przywodzi na myśl swego rodzaju przedstawienie teatralne. Po prostu perełka oceniłbym 10/10.  
                                                                                                                                          M.P.


Koncert został nagrany w listopadzie w mieście Modena podczas trasy Secret World Wydany w roku 1994. Format koncertu: DVD, Jakość dźwięki i obrazu na wysokim poziomie.

 Muzycy:

 Peter Gabriel: wokal, instrumenty klawiszowe (Były członek zespołu Genesis, myślę że szerzej nie   trzeba go przedstawiać)
 Tony Levin: Gitara basowa, stick (znany z występów z zespołem King Crimson)
 Manu Katche: Perkusja (świetny jazzowy perkusista)
 David Rhodes: Gitara,
 Shankar: Skrzypce, wokal
 Paula Cole: wokal
  
 Lista utworów wraz z przynależnością do albumów: 

 Come Talk to Me (Us)
 Steam (Us)
 Across the River
 Slow Marimbas (Birdy)
 Shaking the Tree
 Red Rain (So)
 Blood of Eden (Us)
 Kiss That Frog (Us)
 Washing of the Water
 Solsbury Hill (Peter Gabriel I)
 Digging in the Dirt (Us)
 Sledgehammer (So)
 Secret World (Us)
 Don't Give Up (So)
 In Your Eyes (So)