czwartek, 4 grudnia 2014

The Rolling Stones - Live At The Max

Niedawno recenzowałem album Still Life, tym razem wziąłem się za wydawnictwo zawierające materiał z kolejnej dekady. Stones Live At The Max to zapis prezentujący utwory z wybranych koncertów w ramach Urban Jungle/Steel Wheels Tour – pierwszej z naprawdę wielkich mega tras zespołu, przewidzianej na ponad 110 imprez w ciągu całego roku 1990. W zasadzie jest to połączenie fragmentów różnych występów z tego okresu (głównie z Londynu, Berlina i Turynu) w jeden film, wyreżyserowany przez Juliena Temple, prezentowany w kinach w technologi I Max.

Live at the Max dostępne jest w wersjach DVD i Blue Ray, wydanych w 2009 roku z okazji dwudziestolecia zarejestrowania. Od strony technicznej zostało zrealizowane bardzo rzetelnie. Obraz to brzytwa, jak na materiał z początku lat 90. Zremasterowany dźwięk jest czysty i selektywny, nawet jak na dzisiejsze standardy jakości ciężko się do czegoś przyczepić.

Zespół po wielu kłótniach z drugiej połowy lat 80 odzyskał swoją dawną energię i jakby ponownie złapał wiatr w żagle. Faktycznie aż czuć świeży powiew na scenie. Muzycznie byli w dobrej formie. Roztańczony i elektryzujący jak zwykle Mick Jagger. Gitarowy duet Keitha Richardsa i Rona Wooda(których feelingu nie da się podrobić), świetnie wykorzystuje przestrzeń w utworach. Wciąż zgrana sekcja rytmiczna w osobach Charliego Wattsa i Billa Wymana(Bill już w kolejnym roku po zakończeniu trasy miał opuścić zespół na zawsze) podkłada czujnie dla reszty. Po dziesięciu latach na pokład Stonesów powrócił saksofonista Bobby Keys. Zespołowi towarzyszyły też żeńskie wokale wspomagające w osobach Sophii Jones i Lorelei McBroom.

Kilka słów o programie koncertowym na prezentowanym wydawnictwie. Pojawiają się dwa kawałki promujące najnowszą wtedy płytę Steel Wheels i okazuje się, że w wersjach live brzmią całkiem przyzwoicie. Są to fajne wykonania Sad Sad Sad i chyba najciekawszego utworu z tego albumu - Rock and a Hard Place( z fajną partią gitarową Rona Wooda). Nie zabrakło starszej a także młodszej klasyki zespołu. Rozpoczynające show Start Me Up, grane później Tumbling Dice, Happy, It’s only Rock and Roll, czy Brown Sugar to pełne eksplodującej energii momenty. Pomiędzy nimi wplecione fantastyczne wykonania ballady Ruby Tuesday, klimatycznego Honky Tonk Woman, czy psychodelicznego Sympathy for the Devil  dowodzą, że zespół nie zszedł jeszcze ze sceny muzycznej, a kilkunastoletnia przerwa w koncertowaniu tylko odświeżyła jego brzmienie, które podczas Urban Jungle wykrystalizowało się na nowo (oczywiście na końcu setlisty nie mogło zabraknąć nieśmiertelnego Satisfaction)

Ale skoro mowa o brzmieniu – nie jest ono już takie surowe, jak choćby na Still Life. Utwory zagrane są w tempach znanych z albumów studyjnych, bez przesadnego przyspieszania, co wydaje mi się wychodzi na plus. Wiele piosenek zostało wzbogaconych o partie saksofonu, które teraz są dobrze nagrane i brzmią ciepło z właściwą dla tego instrumentu głębią (na Still Life saksofon Erniego Wattsa był jedynie marnym dodatkiem).

Podczas trasy Urban Jungle/Steel Wheels Stonesi zadbali o ciekawą i jak na tamte czasy bardzo bogatą scenografię. Ruchoma scena, liczne dmuchane elementy ogromnej wielkości, efekty świetlne to tylko niektóre z ważniejszych jej elementów. Zwolennikiem tworzenia tego rodzaju show był przede wszystkim lider grupy Mick Jagger chcący koniecznie przyćmić poprzednie trasy. Drugi filar zespołu Keith Richards zachowywał raczej chłodną rezerwę w tym temacie i wypowiadał się sceptycznie: ,,Mick zawsze uważał, że potrzeba mu coraz więcej rekwizytów i efektów. Coraz więcej gadżetów. Myślę, że najlepiej jest ograniczyć rekwizyty do minimum"1. I niech muzyka mówi sama za siebie prawda?

Podsumowując Stones Live At The Max jest najlepszym wydawnictwem koncertowym z trasy Urban Jungle/Steel Wheels a jednocześnie jedynym wydanym na DVD. Ma tylko jednego konkurenta w postaci albumu Flashpoint z tego samego okresu będącego jednak samym zapisem audio, wygrywa wiec rywalizację z nim bez problemu. Polecam każdemu kto chce posłuchać The Rolling Stones na żywo. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla fanów i kolekcjonerów. Dodatkowym plusem jest bardzo przystępna cena. Ostateczna ocena 9/10. M.P.          

 1. Keith Richards, Życie, Poznań 2012, s.486. 
 










              

poniedziałek, 1 grudnia 2014

The Rolling Stones - Still Life



Still Life to wydawnictwo koncertowe zawierające materiał nagrany podczas trasy The Rolling Stones American Tour 1981. Dostępne jest w formacie CD audio, Polydor 2009. Samo wydanie nie prezentuje się zbyt okazale:  cztery strony ,,bukletu”, zawierającego głównie fotografie i kilka podstawowych wiadomości o zespole. Jakość dźwięku dobra, ale nie rewelacyjna, można było bardziej popracować nad brzmieniem. Szczególnie irytujące są wyciszenia między niektórymi utworami, psują klimat jaki powinna zawierać koncertówka. Z drugiej strony występy w ramach American Tour 1981, odbywały się głównie na wielkich obiektach stadionowych, przy kilkudziesięciotysięcznej widowni, a takie warunki nie ułatwiają nagrywania. Biorąc to ostatnie pod uwagę można uznać jakość za zadowalającą.

Na trasie American Tour 1981 zespół występował w składzie: Mick Jagger, Keith Richards, Bill Wyman, Charlie Watts, oraz Ron Wood, który gościł w zespole dopiero od 6 lat (do dzisiaj jest nazywany przez pozostałych młodym Stonesem). Oprócz stonesowej ,,podstawy” skład zasilali nieodłączny pianista Ian Stewart, oraz saksofonista Ernie Watts(w miejsce etatowego Bobby'ego Keysa, który akurat w tym czasie poróżnił się z Jaggerem i wyleciał z zespołu – wrócił dopiero podczas trasy Steel Wheels, dzięki interwencji Keitha Richardsa)  

Co prezentuje wydawnictwo od strony muzycznej? Otóż zestaw utworów zaserwowany na Still Life pozostawia wiele do życzenia. Na początek standardowo w tamtym okresie dwa klasyczne kawałki Under my Thumb i Let’s Spend The Night Together. Fajne, bardzo żywiołowe wykonania. Dalej Shattered ze stosunkowo nowej wtedy płyty Some Girls wykonane w iście punkowym tempie(o wiele szybszym niż wersja studyjna). Można odnieść wrażenie, że Stonesi chcą przegonić rewolucję punkową. Na płycie znalazły się też dobre wykonania Start Me Up(Tatoo You) i Just My Imagination(Some Girls). W zasadzie jedynym balladowym numerem pozostaje Time is on My Side(12x5). Wypełniaczem jest już naprawdę gnające na łeb na szyję Let Me Go(Emotional Rescue)   Nie mogło oczywiście zabraknąć Satisfaction, w znów nieco przyspieszonej wersji. Jak widać Still Life okazuje się niezbyt bogatym zbiorem. Zabrakło wielu klasyków także granych podczas American Tour 1981 jak choćby: You Can’t Always get What You Want, Jumpin’ Jack Flash, Honky Tonk Woman czy Brown Sugar. Wielkim nieobecnym z późniejszego albumu Some Girls jest przede wszystkim Beast of Burden, utwór który wiele zyskuje w wersji koncertowej. 

Still Life jest więc bardzo przeciętnym stonesowskim albumem koncertowym. Trasę American Tour 1981 znacznie lepiej dokumentuje choćby wydawnictwo Live Hampton Coliseum 1981, bijące na głowę konkurenta pod względem zawartości muzycznej. Myślę, że Still Life będzie alternatywą dla kolekcjonerów i miłośników Rolling Stonesów, pozostałym chcącym mieć jakiś live z tej trasy polecam wspomniane Live Hampton. Ocenię 6/10. M.P.  

czwartek, 29 maja 2014

Historie zespołów - Boston

Zespół powstał w 1969 roku. Pierwszy skład stanowili: Gitarzysta i zarazem lider Tom Scholz, drugi gitarzysta Barry Goudreau, basista Fran Sheehan, perkusista Jim Masdea (zastąpiony już w roku następnym przez Siba Hashaina), w końcu wokalista Brad Delp, który także dołączył w 1970.

Poważną popularność Boston zyskał dopiero w 1976 roku. Jest to o tyle ciekawe, że był to stosunkowo ciężki czas dla muzyki hard rockowej. Druga połowa lat 70 minęła bowiem pod znakiem rewolucji punkowej (działalność Sex Pistols czy The Damned na Wyspach Brytyjskich, oraz The Ramones w Ameryce). Wystarczy spojrzeć na ówczesną sytuację czołowej trójki hard rocka: Deep Purple właśnie się rozpadło, Led Zeppelin wchodziło właśnie w ostatnie stadium swojej działalności, a Black Sabbath czekały wkrótce zmiany personalne. Zespóły takie jak Scorpions, Judas Priest czy Motorhead, swoje największe sukcesy komercyjne będą świętować dopiero na początku lat 80. Także legendy rocka progresywnego w rodzaju Yes, Pink Floyd czy King Crimson znalazły sie pod ostrzałem krytyki punkowców. Wkrótce nadejdzie tzw. Nowa Fala brytyjskiego Heavy Metalu (NWOBHM), która będzie odpowiedzią na punk ale na to trzeba będzie poczekać do 1979 roku. 

Dla zespołu Boston wspomniany rok 1976  okazał się jednak przełomem. Otóż właśnie wtedy na rynek trafił jego debiutancki album zatytułowany nie inaczej jak właśnie Boston (większość materiału została pierwotnie przygotowana w domowym studiu Toma Scholza, później zarejestrowana ponownie w studiach w Hollywood i Los Angeles). Okazało się, że longplay ustanowił rekord sprzedaży w kategorii debiut rockowy. Został zdetronizowany dopiero 11 lat później przez Apetite for Destruction Guns’n Roses. Płyta osiągnęła tak wielki sukces dzięki ciekawym i bardzo melodyjnym kompozycjom, wśród których największą popularnością cieszą się do dnia dzisiejszego takie klasyki jak: More Then a Feeling, Peace of Mind, Let Me Take You Home Tonight, czy Smokin. Boston zdecydowanie wypracował swoje własne brzmienie, którego będzie się trzymał na kolejnym albumie. Ktoś powie zbyt słodko, chłopaki sypią na nas wiadra cukru (często słyszę podobne opinie w odniesieniu do wokalizy Brada Delpa, który obdarzony był jedyną w swoim rodzaju barwą głosu) – mnie ta lekka ,,cukierkowość” nie przeszkadza póki grają kawał świetnego rocka. Czy kultowa Hysteria Lepardów też nie jest nieco przesłodzona? A mimo to stała się albumem legendarnym. Na podobne miejsce w annałach muzyki zasłużył sobie debiut Bostonu. 

Na drugi album nie trzeba było długo czekać. Nosi tytuł Dont Look Back i nagrano go latem 1978 roku w niezmienionym składzie. Jak już wcześniej wspomniałem rodzaj brzmienia zespołu również pozostał taki sam. I ta płyta wyzwala w słuchaczu burzę pozytywnych emocji. Podobnie jak poprzednia zawiera kilka bardzo chwytliwych kompozycji w rodzaju The Journey, czy It’s Easy. Jedyne do czego można się przyczepić, i jak się okazuje podczas remasterowania w 2008 roku zrobił to sam Tom Scholz, jest długość albumu. Na Dont Look Back dostaliśmy jedynie 33 minuty muzyki. Naprawdę album powinien zawierać choć jedną piosenkę więcej – miał powiedzieć gitarzysta.

Lata 80 przyniosły sporo roszad personalnych w szeregach Bostonu. Zespół opuścili drugi gitarzysta Barry Goudreau, oraz basista Fran Sheehan. W ich miejsce pojawili się Gary Pihl i David Sikes (później jednak przed nagraniem trzeciego albumu Sheehan zjawił się ponownie). Na jakiś czas powrócił też pierwszy bębniarz Jim Masdea, by ostatecznie mieć wkład w kolejne dokonania grupy. Podsumowując krótko pierwsza połowa lat 80 okazała się czasem stagnacji w rozwoju zespołu. 

Na trzecią płytę studyjną przyszło fanom Bostonu poczekać do 1986 roku (Czyżby filary zespołu,  panowie Scholz i Delp postanowili zrobić sobie 8 letnie wakacje i odpocząć od tworzenia muzyki? tak i jak zobaczymy historia lubi się powtarzać). Krążek Third Stage ponownie zdołał odnieść sukces komercyjny głównie za sprawą singla Amanda, który osiągnął pierwsze miejsce na liście USA Billboard Hot 100, oraz na jej kanadyjskim odpowiedniku. Third Stage, a w szczególności Amanda to już zdecydowany ukłon w stronę pop rocka. W 1989 roku z zespołu odchodzi rewelacyjny wokalista Brad Delp, na jego miejsce zostaje przyjęty Fran Cosmo.

Tendencja zmierzania w stronę soft rocka zostaje tylko częściowo utrzymana na kolejnym albumie, Walk On z 1994 roku (znów osiem lat przerwy między nagraniami studyjnymi). Nawiązaniem do pop rockowej Amandy jest tym razem utwór I Need Your Love (jakkolwiek całkiem chwytliwy temat, sukcesu na polu komercji nie powtórzył) Z kolei utwór tytułowy Walk On jest bardzo udanym powrotem do hard rockowych korzeni. Przy rejestracji materiału na albumie pomagał także nie kto inny a Brad Delp.

Kolejna reaktywacja zespołu miała miejsce w 2002 roku. Doszło do wydania piątego już albumu studyjnego o nazwie Corporate America. Zaśpiewali na nim zarówno Brad Delp, Fran Cosmo jak i gościnnie, wokalistka Kimberley Dahme. Corporate wydaje się być albumem, mocno zróżnicowanym stylistycznie. Z pewnością nie można odmówić mu ciekawych melodii i całkiem fajnie brzmiących wstawek akustycznych (jak chociażby w Didn’t Mean to Fall in Love, czy balladowym With You). O muzycznej profanacji nie może być mowy, choć coraz ciężej doszukać się tu brzmienia Bostonu znanego z pierwszych dwóch albumów (wystarczy posłuchać wspomnianego już With You, które jest całkiem fajnym kawałkiem przywodzącym na myśl raczej dokonania Nory Johnes, czy Dolly Parton niż Bostonu).

9 marca 2007 długoletni frontman zespołu Brad Delp popełnił samobójstwo. Tom Scholz doprowadził do zorganizowania koncertu pożegnalnego z udziałem wielu członków różnych składów grupy. Jednocześnie zapowiedział że poprowadzi dalszą działalność Bostonu w składzie z: Kimberley Dahme – bas, wokal wspomagający, Jeffem Nealem – bębny, oraz nowo odkrytym wokalistą Tommym De Carlo. W ten sposób po kilkunastu latach (tym razem po 11) w 2013 roku powstała ostatnia jak dotąd płyta zatytułowana dość sugestywnie Life Love and Hope

Tyle na temat historii i muzyki zespołu. Został jeszcze jeden, według mnie ciekawy aspekt związany z Bostonem, mianowicie okładki płyt. Owe są często określane kiczem do sześcianu. No cóż może to i prawda, niemniej swój klimat posiadają.         
  

środa, 12 lutego 2014

Pink Floyd Pulse 1994



Działalność Pink Floyd można by podzielić na trzy okresy. Pierwszy z Sydem Barretem jako liderem (1964 – 1968). Drugi, wypada powiedzieć klasyczny to lata 1968 – 1983 czyli czas wspólnej działalności Davida Gilmoura i Rogera Watersa do pierwszego rozpadu grupy, który miał miejsce po wydaniu płyty The Final Cut. W końcu ostatni okres po reaktywacji zespołu przez Dawida Gilmoura w 1987 roku (prawo do użycia nazwy Pink Floyd gitarzysta musiał uzyskać na drodze sądowej ponieważ Roger Waters blokował jego inicjatywę).

Trzon trzeciego wcielenia Floydów ,,gilmourowskich” stanowili: on sam na gitarze, Nick Mason na perkusji, Richard Wright na klawiszach (podobno Gilmour był sceptycznie nastawiony do sprawy zwerbowania Richarda, w końcu jednak zrobił to głównie dlatego żeby zwiększyć podstawy prawne do użycia nazwy Pink Floyd. Koniec końców Wright w przeciwieństwie do Gilmoura był przecież obecny w składzie od samego początku). Ponadto Gilmour zatrudnił na trasę cały sztab muzyków wspomagających w tym wielu sesyjnych, wśród nich znaleźli się: basista Guy Pratt, klawiszowiec Jon Carin, perkusista dodatkowy Gary Wallis, saksofonista Dick Parry znany z gry na kilku floydowskich albumach, gitarzysta Tim Renwick.

Po krótkim wprowadzeniu historycznym czas przejść do samego wydawnictwa Pulse. Jest to jedno z najważniejszych (obok Delicate Sound of Thunder z 1988 roku) wydawnictw koncertowych nie tylko okresu ,,gilmourowskiego” ale i ku rozgoryczeniu fanów Rogera Watersa - Floydów w ogóle. Przyjrzyjmy się mu zatem nieco bliżej. Mamy dostępne wersje w dwóch wydaniach: podwójne audio CD (materiał zarejestrowany podczas występów w ramach trasy koncertowej trwającej w marcu i kwietniu 1994 roku), oraz podwójne DVD z filmem w reżyserii Davida Malleta przedstawiającym video relację z koncertu na londyńskim Earls Court, 20 października 1994 roku. Oba prezentują się bardzo dobrze jeśli chodzi o jakość dźwięku. Ja posiadam wersję dvd video i to jej opisem się zajmę.      

Jeżeli chodzi o dobór utworów na Pulsie znajdziemy zarówno dokonania zespołu z lat 70, 80 (większość pochodzi z kamienia milowego Pink Floydów, płyty Dark Side of the Moon) jak i te z dwóch najnowszych albumów. Nie zabrakło takich klasyków rocka progresywnego jak: Shine On You Crazy Diamond, Another Brick in the Wall part II, Wish You Were Here, Us and Them, Money, Time, Run Like Hell, czy Comfortable Numb z niezapomnianego albumu The Wall. Pomimo takiej konkurencji moim zdaniem rewelacyjnie wypadły utwory z nowych płyt Momentary Laps of Reason i Division Bell które Roger Waters nazwał ,,niezłą podróbką” brzmienia Floydów. Mowa tu przede wszystkim o: Learning to Fly, Take it Back, Coming Back to Life czy spektakularnej balladzie High Hopes z partią solową Gilmoura na gitarze hawajskiej.

Wydaje się, że David Gilmour był podczas występu na Earls Court w bardzo wysokiej formie muzycznej, co słychać w jego grze improwizacyjnej, świetnych solówkach i w ogólnym soczystym, mocno bluesowym brzmieniu jego gitary. Przeciwne wrażenie sprawia natomiast drugi filar Pink Floydów, perkusista Nick Mason. Nie sili się na granie niczego poza wybijaniem prostego rytmu pozbawionego ozdobników. Wspomaga go na szczęście sesyjny bębniarz Gary Wallis (Gilmour pomyślał o wszystkim), więc całość brzmi dobrze. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu iż Mason wirtuozem perkusji nie jest. Richard Wright też nie popisuje się wirtuozerią ale gra na poziomie, ponadto podśpiewuje w niektórych utworach (Time). Warto wsłuchać się dokładniej w grę basisty Guya Pratta zastępującego Rogera Watersa. Uważam iż Pratt stanął na wysokości zadania mierząc się przecież z legendą. Doskonałą robotę w chórkach wspomagających wykonują także panie Claudia Fontaine i Durga McBroom (można zwrócić na to uwagę na przykład w utworze The Great Gig in the Sky).

Na szczególną uwagę zasługuje oprawa wizualna występu, którą możemy podziwiać na wersji dvd. Przez 145 minut obserwujemy praktycznie nieprzerwanie współgrający z muzyką pokaz laserowo - świetlny wprost z najwyższej półki. Biorąc pod uwagę, że koncert odbył się przecież w połowie lat 90, jest naprawdę na co popatrzeć. Ciekawym rekwizytem jest wielka dmuchana świnia unosząca się nad sceną w utworze One of These Days. Ogólnie widać, że Floydzi nie poskąpili środków finansowych na elementy wizualne widowiska. Rozmyślnie użyłem tu słowa widowisko, bo tak właśnie należy ten spektakularny występ nazwać. Punkt kulminacyjny przypada na solówkę do Comfortable Numb.

Krótkie podsumowanie Pulse’a. Świetna muzyka, świetna oprawa wizualna, całkiem niezła produkcja wydawnicza (ciężka praca wykonana przez EMI i Sony Music Video). Wiele osób powie jednak: brak Rogera Watersa. Odpowiem na to: zespół po reaktywacji nad którego organizacją właściwie od początku do końca czuwał Dawid Gilmour obronił się sam swoją muzyką w wersji live. Nic dodać nic ująć wystarczy posłuchać. Pulse oceniam z pełną odpowiedzialnością 9/10.

 Michał Pawlica

Pełna lista utworów Pulse na dwóch DVD:
DVD 1: Pulse One
1. Shine On You Crazy Diamond (Concert Version)
2. Learning To Fly
3. High Hopes
4. Take It Back
5. Coming Back To Life
6. Sorrow
7. Keep Talking
8. Another Brick In The Wall (Part 2)
9. One Of These Days

DVD 2: Pulse Two
10. Speak To Me
11. Breathe In The Air
12. On The Run
13. Time
14. The GReat Gig In The Sky
15. Money
16. Us And Them
17. Any Colour You Like
18. Brain Damage
19. Eclipse
20. Wish You Were Here
21. Comfortably Numb
22. Run Like Hell

wtorek, 28 maja 2013

The Doors Live At The Bowl 1968


Do napisania recenzji tego koncertu Doorsów zabierałem się już od dłuższego czasu. Ostatecznie zmobilizowała mnie niedawna śmierć Raya Manzarka (20 maj 2013). Materiał na Live At The Bowl został zarejestrowany podczas występu zespołu w Los Angeles 5 lipca 1968 roku. Wydawnictwo po raz pierwszy  ujrzało światło dzienne dopiero w dwadzieścia lat później, a dokładnie w 1987. Elektra zremasterowała album w formacie CD audio w roku 2012 i w tej właśnie wersji trafił on w moje ręce. Przyjrzyjmy się więc bliżej jak wygląda to cudo.

Tym razem dostaliśmy całkiem ładne wydanie w składanym, podwójnym digipacku. Dodatkowo mamy booklecik kolekcjonerski zawierający kilka fotografii z występu, a także jego skrócony opis w języku angielskim. Są też wypowiedzi członków zespołu na temat tamtego pamiętnego dnia. Całość od strony wizualnej prezentuje się ładnie i pod tym względem nie można nic zarzucić wydawcom (z wyjątkiem tego, że zrezygnowali całkiem z wydania wersji w tradycyjnym jewel case co może, jak przypuszczam, nie spodobać się niektórym fanom) Jakość dźwięku jest dość dobra. Jak na nagranie z roku 1968 jego brzmienie jest bardzo selektywne. Jak widać technicznie wszystko wygląda w porządku, zobaczmy więc co krążek oferuje nam od strony muzycznej.  

Dla formalności wypada napisać, że The Doors tworzyli: Jim Morrison – wokal, Ray Manzarek - klawisze, Robby Krieger – gitara, John Densmore – perkusja. W tym miejscu dodam jeszcze, że linię basu w miejsce gitary basowej odtwarzał na klawiszach Ray Manzarek, wypracowując tym samym własny a zarazem wyjątkowy styl gry(na ostatnich płytach zespołu zagrał już basista co nieco zmieniło ich brzmienie).

Tego lipcowego wieczoru zespół rozpoczyna od When the Music’s Over(Strange Days). Potężny wrzask Morrisona przechodzi w spokojny wokal i utwór zaczyna płynąć powoli. Dalej słyszymy kołyszący nas rytm wspaniałego Alabama Song(The Doors) przy którym zawsze nachodzi mnie ochota na drinka. W Back Door Man(The Doors) ciekawe partie solowe gra Robby Krieger. Bardzo przyjemny dla ucha jest kolejny numer Hello, I Love You(Waiting for the Sun). Następny w kolejności grają utwór który Jim zaśpiewał niegdyś Rayowi Manzarkowi na plaży, po czym zdecydowali się założyć wspólnie zespół rockowy. Mowa tu oczywiście o morrisonowskim Moonlight Drive umieszczonym dopiero na drugiej z kolei płycie Strange Days. W krótkim ale psychodelicznym Horse Latitudes swoje umiejętności perkusyjne prezentuje Densmore, zaś następne Spanish Caravan(Waiting for the Sun) instrumentalnie prowadzone jest  przez Manzarka. Następuje moment ciszy po którym Morrison krzyczy na cały głos Wake up! Rozpoczyna się ostatni etap koncertu, dostajemy dwa wielkie hity z pierwszej płyty The Doors. Jako pierwsze  mocno improwizowane Light My Fire, zawierające po części wokalnej kolejno popisy solowe Manzarka i Kriegera. Na zakończenie oczywiście długie The End zawierające legendarną już frazę mówioną Jima...

Dobór utworów bardzo ciekawy, aczkolwiek brakuje mi zdecydowanie kilku pozycji. Przede wszystkim głównym nieobecnym jest Break on Through(The Doors). W miejsce na przykład takiego Spanish Caravan chętnie usłyszałbym wyśmienity numer Love Me Two Times(Strange Days), którego także niestety zabrakło. Można uznać że marudzę ale gdyby pojawiło się też People Are Strange(Strange Days)...byłoby fajnie. W sumie cały występ Live At The Bowl 1968 i tak trzyma niesamowity, niepowtarzalny klimat w dużej mierze za sprawą wokalisty. Zarazem stoi na bardzo wysokim poziomie instrumentalnym. Pozycja absolutnie obowiązkowa dla fanów Doorsów ale i nie tylko. Zdecydowanie polecam! R.I.P. Jim, R.I.P. Ray. Ostatecznie ocenie 9/10. M.P.


sobota, 9 marca 2013

Deep Purple Nobody's Perfect


Nobody's Perfect to podwójny album koncertowy drugiego składu Deep Purple (MKII)* wydany 16 lipca 1988 roku. Producentem był sam Roger Glover, basista zespołu. Wydawnictwo zawiera wyselekcjonowany zbiór utworów z trasy koncertowej roku 1987. Pod względem technicznym prezentuje się niestety słabo. Jakość dźwięku zarejestrowanego materiału nie jest wysoka. Wyciszenia pomiędzy kolejnymi utworami sprawiają że album traci na spójności charakterystycznej dla wydań live. Wkładka graficzna oferuje nam tytuły utworów z informacjami na ich temat, oraz kilka zdjęć grupy z lat 80. Obecnie Nobody's Perfect jest pozycją stosunkowo trudno dostępną, co czyni z niej ciekawy okaz dla kolekcjonerów. Sam poszukiwałem jej przez dłuższy czas i w końcu moje starania zostały nagrodzone ale czy w wystarczającym stopniu?

W założeniu Glovera Nobody's Perfect miało być zestawieniem utworów granych podczas ostatniej minionej  trasy, z naciskiem na prezentację tych pochodzących z dwóch najnowszych albumów: The House of Blue Light(1987) i Perfect Strangers(1984). Mając te informację na uwadze, zobaczmy co my tu mamy. Biorąc pod uwagę oba CD, znajdziemy na nich łącznie 5 utworów z wymienionych wyżej płyt. Są to: rozpędzone wersje Bad Attitude, Hard Lovin Woman, Knockin at Your Back Door. Do tego klasyczne już wtedy Perfect Strangers i znienawidzone przez Gillana Dead or Alive. Powiem szczerze, taki dobór nowych utworów nie usatysfakcjonował mnie w pełni. Brakuje szczególnie dwóch koncertowych pewniaków z tego okresu: Unwritten Law i Call of the Wild. Fajnie byłoby usłyszeć też wersję live ballady Wasted Sunset. Niestety przyszło mi obejść się smakiem. Reszta utworów to właściwie powtórka repertuaru z legendarnego Made in Japan. Mamy więc cały zbiór: Highway Star, Child in Time, Strange Kind of Woman, Lazy, Black Night, Space Truckin, oczywiście nie mogło zabraknąć Smoke On the Water. Na końcu drugiego krążka umieszczono ponownie nagrany utwór Hush pochodzący pierwotnie z pierwszego albumu grupy: Shades of Deep Purple z 1968 roku. Wiem, że wielu fanom ta wersja nie przypadła do gustu, mnie osobiście się podoba. Ukazuje kwintesencję brzmienia Purpli w latach 80, które bardzo lubię.

Mieliśmy dostać solidną porcję nowych wówczas utworów, a zamiast tego zaserwowano nam w większości odgrzewane kotlety. Zagrane zostały co prawda bardzo dobrze ale słuchając ich ciężko oprzeć się wrażeniu że...to już było ponad dekadę wcześniej. Sami muzycy, a szczególnie wokalista Gillan wypowiadają się raczej negatywnie o pracy producenckiej swojego kolegi Rogera na Nobody's Perfect.
 Ian Gillan: No i o co tu chodzi? Zestaw nagrań które każdy wcześniej słyszał plus nowa wersja ,,Hush"? Nobody's Perfect okazało się właściwie powtórką z Made in Japan, ja jednak uważam, że ludzie nie zasługują na odgrzewanie w kółko tych samych starych kawałków.     
Słowa wokalisty są wystarczająco ostre, żeby nie mieć wątpliwości, że zamierzony efekt producencki nie został w tym wypadku osiągnięty. Nobody's Perfect zostałby prawdopodobnie lepiej przyjęty gdyby zrobiono z niego wydawnictwo jedno płytowe prezentujące rzeczywiście nowsze utwory. Mimo sporej krytyki jakiej doczekało się to Live, ja jednak uważam że całkiem przyjemnie da się go posłuchać. Osobom które nie miały okazji poznać jak brzmieli Deep Purple na żywo, zaproponował bym zacząć jednak w pierwszej kolejności od Made in Japan. Ostatecznie nie można ocenić Nobody's Perfect niżej niż 7/10, to przecież purpurowi w swoim najmocniejszym składzie. 

*Deep Purple MkII:
Ian Gillan - wokal
Ritchie Blackmore - gitara
Roger Glover - gitara basowa
Jon Lord - klawisze
Ian Paice - perkusja




Ritchie Blackmore i Ian Gillan piją piwo na przebieranej imprezie po wydaniu Nobody's 1988 rok.








   

środa, 6 marca 2013

The Rolling Stones GRRR


W ubiegłym roku Rolling Stonesi obchodzili 50 lecie swojego istnienia. Zespół pod tą właśnie nazwą swój pierwszy występ zagrał w 1962 roku. Sam Keith Richards twierdzi jednak, że dla niego prawdziwa historia Stonesów zaczęła się dopiero rok później. Na początku 1963 roku członkiem grupy został bowiem perkusista Charlie Watts. Oficjalnie 50 lecie już jednak za nami a zespół nie wydał z tej okazji żadnego nowego albumu. Na pocieszenie fani dostali tylko kolejne wydawnictwo kompilacyjne z gatunku The Best Of o nazwie The Rolling Stones Grrr

Album Grrr został wydany w różnych wersjach. Na podstawową składają się dwie płyty CD, z kolei rozszerzona zawiera trzy krążki. Żadna z nich nie prezentuje niestety nowych, nie znanych wcześniej utworów. Krótko mówiąc Grrr to zwyczajne zestawienie najbardziej znanych utworów z okresu całej kariery Stonesów. Widać wyraźny nacisk na lata 60 i 70 czyli okres świetności zespołu. Z jednej strony dobrze, z drugiej brak trochę prezentacji nowszego brzmienia zespołu. Nasuwa się pytanie czy sprzedaż ciągle jednych i tych samych, starych nagrań w nowym opakowaniu jest fair wobec fanów? Z pewnością nie. 

Jeżeli chodzi o oprawę graficzną Grrr jak na wydawnictwo jubileuszowe, prezentuje się wprost żałośnie. Wkładka zawiera jedno zdjęcie zespołu, oraz wypisane tytuły utworów wraz z czasem ich trwania i przypisanym autorstwem. Nie sposób nazwać tego bookletem kolekcjonerskim.      

Nie zachęcam do kupna Grrr chyba, że ktoś w ogóle nie zna twórczości zespołu, lub nie posiada żadnej wcześniej wydanej składanki. Panowie na 50 lecie istnienia grupy oczekiwania były o wiele większe, nie postaraliście się! Z ciężkim sercem ocenię 4/10.






wtorek, 5 marca 2013

Janis Joplin with Big Brother and the Holding Company - Live at Winterland 1968


Janis Joplin with Big Brother and the Holding Company - Live at Winterland to wydawnictwo koncertowe zawierające występ grupy w San Francisco z dwunastego kwietnia 1968 roku. Jakość nagrania  tego live prezentuje się dość dobrze jak na końcówkę lat sześćdziesiątych. Wersja na CD remasterowana przez wydawnictwo Columbia/Legacy w 1998 roku oferuje ponadto ciekawy booklet kolekcjonerski prezentujący zdjęcia, oraz trochę informacji na temat historii zespołu.

Live at Winterland był jednym z ostatnich występów ,,Brothera" przed odejściem Joplin. Początek 1968 roku to okres stopniowego pogarszania się stosunków pomiędzy jego członkami, którego skutkiem było rozpoczęcie przez Janis solowej kariery(szkoda że takiej krótkiej, owocującej nagraniem tylko dwóch albumów). Mimo napiętej sytuacji występ w San Francisco stoi na niezłym poziomie. 

Zespół Big Brother and the Holding Company stanowili w tym czasie:
James Gurley - gitara
Janis Joplin - wokal
Sam Andrew - gitara
David Getz - perkusja
Peter Albin - gitara basowa

Sami instrumentaliści zaprezentowali się raczej przeciętnie, aczkolwiek nie można zarzucić im jakichś poważnych błędów technicznych poza fałszowaniem wokali wspomagających. Odniosłem także wrażenie znużenia podczas odgrywania solówek gitarowych w niektórych utworach. Natomiast jeśli chodzi o samą Janis Joplin - brzmi rewelacyjnie. Jej głos jest potężny, porywający, elektryzujący słuchacza swoją mocą i natężeniem. Chwilami co prawda zdarza się wokalistce nie czysto wejść, ale te drobne niedociągnięcia nie wpływają negatywnie na odbiór wokalizy. 

Należy się kilka słów na temat doboru repertuaru. Dostajemy kilka utworów z pierwszej płyty ,,Brothera". Są to: Bye Bye Baby, Easy Rider, Light Is Faster Than Sound, Down on Me. Ten ostatni wypada z nich chyba najciekawiej. Dalej mamy prezentacje utworów które dopiero w miesiąc później zostały wydane na płycie Cheap Thrills (prace nad nagraniem tego albumu trwały od marca do maja 1968 roku). Mamy przyjemność posłuchać więc wykonań: Combination of the Two, I Need a Man to Love, świetnie relaksującego Summertime (z repertuaru George'a Gershwina). Także bluesowego(nieco nudnego i ciągniętego jedynie przez wokal Janis) Ball and Chain, w końcu utworu który stał się ponadczasowym hitem i swego rodzaju osobistą wizytówką Joplin: Piece of My Heart.

Na koniec krótko podsumuje. Na Live at Winterland nie ma pięknych melodii i gładko brzmiących solówek gitarowych (poza wyjątkami w rodzaju Summertime) . Brzmienie instrumentalne jest raczej brudne i szorstkie. Jest za to spory ładunek energii przekazywany umiejętnie przez nie jednokrotnie wydzierającą się Janis. Polecam zdecydowanie jeśli ktoś lubi klimat hipisowski i kobiecy wokal z mocną chrypką balansujący na granicy krzyku. Ostatecznie oceniłbym 7/10. M.P.

      











piątek, 4 stycznia 2013

Toto: Greatest Hits Live...And more


Tym razem wziąłem na widelec wydawnictwo Greatest Hits Live...And More jednej z moich ulubionych grup Toto. Ukazało się ono na DVD video w 2002 roku. Zawiera zapis koncertu który odbył się w październiku 1990 roku w Paryżu. Dość dobra jakość dźwięku, choć przeciętna obrazu pozwala jednak w wystarczającym stopniu cieszyć się zarejestrowanym materiałem. Całkowity czas trwania wynosi 86 minut. Wydawcy odrobili lekcje i sprawili nam jednak niespodziankę w postaci materiałów dodatkowych. Mamy wywiad z zespołem z roku 1988 prowadzony przez Jana Kroeske, przeplatany z największymi hitami, oraz Toto Behind The Scenes będący swego rodzaju kilkunastominutową migawką filmową z trasy koncertowej promującej płytę Tambu w roku 1995. Niestety do wymienionych materiałów są załączone napisy tylko w językach: niemieckim i holenderskim, brak polskich a nawet co dziwi mnie bardziej, angielskich. Szkoda też, że otwierając pudełko znajdziemy w środku tylko krążek, bez żadnego najmniejszego choćby bookletu kolekcjonerskiego. 

Kiedy słucham koncertów Toto czasem dziwię się że zespół grając na żywo może brzmieć tak fantastycznie. Myślę wiec że należy się kilka słów na temat jego składu w 1990 roku. Na Gitarze i wokalu w kilku utworach Steven Lukather, od początku istnienia grupy jej niezastąpiony filar.  Perkusja – Jeffrey Porcaro, gitara basowa – Michael Porcaro, klawisze – David Paich, Na wokalu głównym po odejściu Josepha Williamsa w 1989 roku - Jean Michel Byron, bardzo słabo przyjęty przez fanów(jego wokal zwyczajnie nie pasuje do Toto) Dwa wokale wspomagające to czarnoskóre panie: Jenny Douglas i Jacci McGhee, wiadomo też że w Toto zawsze dośpiewują wszyscy. Na instrumentach perkusyjnych Chris Trujillo.

Czas przejść do konkretów. Zespół otwiera numerem Child’s Anthem z pierwszej płyty. Dalej hit Africa z wokalem Paicha i solowym popisem Trujillo na bongosach w końcówce. Sekcja rytmiczna tej grupy(bracia Porcaro) to jedna z najlepszych jakie miałem okazje kiedykolwiek usłyszeć. Szczególnie widać to w wolniejszych utworach w których można wyłapać wiele smaczków technicznych. Mam na myśli: I’ll be over You(Fahrenheit), I Wont Hold You Back(Toto IV), i przede wszystkim - chyba najmocniejszy punkt występu, a na pewno mój ulubiony - Without Your Love(Fahrenheit) w którym dodatkowo umiejętności techniczne pokazuje Lukather. Ta muzyka nie jest tylko odegrana ona po prostu płynie, a ja niejednokrotnie w jej przejmującym rytmie kołyszę się siedząc w moim fotelu z pełnym uśmiechem na twarzy. W środkowej części występu mamy swego rodzaju ,,perełkę”. Steven Lukather stojąc samotnie na scenie wykonuje Little Wing z repertuaru Jimmiego Hendrixa, niejako oddając hołd zmarłemu artyście. W dalszej części koncertu mamy dwa kolejne utwory z płyty Toto IV: Rosanna i Afraid of Love. Koncertowym wymiataczem jest niezmiennie English Eyes. Na zakończenie oczywiście nie mogło zabraknąć Hold The Line który jednak z wokalem głównym Byrona w zwrotkach brzmi nieco mizernie, na szczęście jest energetyzująca jak zwykle solówka Stevena. Umiejętności klawiszowe ma okazję zaprezentować też David Paich między innymi w Rosannie czy podczas swoich pięciu minut kiedy reszta zespołu się wyłącza. Gra też wspaniały motyw przewodni ballady I Wont Hold You Back.

Live in Paris to bardzo dobry koncert. Generalnie nie zawiera momentów nudnych czy jakoś specjalnie słabszych. Chwilami nieco razi wokal Byrona. Niektórzy fani pewnie uznaliby że się czepiam ale brakuje mi tu nieco Bobbyego Kimballa – pierwszego wokalisty Toto(który jednak już za kilka lat znów pojawi się w zespole). Cały instrumentalny skład w 1990 roku był w świetnej formie co naprawdę słychać. Polecam koncert każdemu kto chce poznać jak powinna brzmieć muzyka na żywo, sympatykom grupy nie muszę bo z pewnością już go widzieli. Ocena bardzo wysoka jednak nie mogę dać maksymalnej więc 9/10 Rewelacja! M.P. 


 Screeny z występu:














Steve Lukather w roli wokalnej i mistrz basu Mike Porcaro














David Paich w roli śpiewającego klawiszowca, w tle reszta zespołu.















Lukather wyglądający w 1990 nieco jak Edward Nożycoręki:p












Jean Michel Byron wokalista Toto tylko w roku 1990


czwartek, 3 stycznia 2013

Music for Montserrat live 1997

Festiwal Music for Montserrat odbył się 15 września 1997 roku w londyńskim Royal Albert Hall.  Jego zorganizowanie miało na celu upamiętnienie katastrofy na karaibskiej wyspie Montserrat. Rok wcześniej doszło tam do wielkiej erupcji wulkanu, która dokonała wielu zniszczeń. W związku z tym przedsięwzięcie charytatywnie zgodziła się wesprzeć cała plejada gwiazd muzyki rockowej.  Wydarzenie zostało zarejestrowane i wydane na DVD video w 1998 roku. Wydawnictwo zawiera blisko dwie godziny wspaniałej muzyki w bardzo dobrej jakości dźwięku i obrazu.

O pełnienie roli konferansjera został poproszony Phil Collins, były lider Genesis. On też otwiera całą gale swoim występem. Rozgrzewa publiczność kompozycją Take me Home. Reakcja widowni mówi iż jest bardzo lubianym artystą. Po nim na scenę wchodzi Carl Perkins amerykański gitarzysta rock & rollowy i wykonuje utwór Blue Suede Shoes. W końcu Collins zapowiada Marka Knopflera. Ten wykonuje z towarzyszeniem orkiestry symfonicznej jeden z hitów Dire Straits, Brother in Arms. Całość brzmi świetnie a końcowa solówka zapiera dech w piersiach. Dalej wystąpili kolejno: Sting(Message in a Bottle, Magic) i Elton John. Ten ostatni wykonał solo przy fortepianie trzy utwory: Your Song, Live like Horses i Don’t Let the Sun go Down on Me. Trzeba przyznać, sir Eltonowi, że swoim występem przyćmił pozostałe gwiazdy. Widać że w roku 1997 znajdował się w bardzo dobrej formie wokalnej – moim zdaniem uczta dla ucha. Kolejna sława to Eric Clapton. Wykonuje utwór Broken Hearted, następnie Laylę w duecie z Knopflerem. Obie piosenki w wersjach akustycznych brzmią bardzo fajnie. W Same Old Blues obaj gitarzyści zmieniają instrumenty na elektryczne i na perkusję dołącza się Collins. Improwizowany bluesik który zagrali brzmi rewelacyjnie. Zaraz po jego zakończeniu na scenie pojawia się sam Paul Mccartney i wykonuje solo przebój Yesterday. W ostatnich trzech utworach tego wieczoru wymienieni muzycy grają już wspólnie. Przypominają się czasy Princest Trust Rock Gala z 1986 roku. Dostajemy Golden Slumbers, Hey Jude,  i Kansas City wszystkie trzy z repertuaru The Beatles. Prezentowane są w mocno rozimprowizowanych i w dość długich wersjach(muzycy wymieniają się partiami i chwilami jest trochę solówkowy chaos).

Czas na podsumowanie Music for Montesrrat w kliku słowach. Bardzo chwalebna inicjatywa charytatywnego koncertu. Muzycznie bardzo wysoki poziom, choć miejscami według mnie nudnawo(Broken Hearted). Zaskakujący finał, z ciekawie zaaranżowanymi utworami na sporą ilość instrumentów. Plusem jest z pewnościa spora różnorodność muzyki, dzięki czemu z koncertu będzie zadowolony fan eltonowskich ballad, muzycznego stylu Marka Knopflera czy po prostu zespołu The Beatles. Widoczna także miła, ciepła atmosfera na scenie. Ostatecznie 8/10 M.P.

czwartek, 20 grudnia 2012

Deep Purple California Jamming 1974


Festiwal California Jamming odbył się 6 kwietnia 1974 roku na Ontario Motor Speedway. Jedną z głównych gwiazd był zespół Deep Purple występujący w tym okresie w składzie MK III (Blackmore, Lord, Paice, Hughes, Coverdale) Zarejestrowany występ został  wydany zarówno w formacie CD audio jak i DVD video kolejno w latach 2003 i 2004. Jakość dźwięku i obrazu oczywiście bardzo przeciętna jak to zwykle bywa z tego typu materiałem nagrywanym w latach 70. Dlatego nie można podchodzić do tej kwestii przesadnie krytycznie.

Deep Purple live California Jamming to jeden z najbardziej znanych, można by powiedzieć historycznych występów w karierze zespołu. Częściowo na pewno ze względu na muzykę, ale  jednak także z powodu dość sensacyjnego przebiegu wydarzeń mających miejsce już po zakończeniu muzycznego przedstawienia.

W pierwszej kolejności krótko o samej muzyce. Dobór utworów bardzo standardowy jak na skład MK III.  Wychodzą na scenę nad którą góruje zamontowana tęcza(znak szczególny California Jamming, czyżby zapowiedz utworzenia przez Ritchiego Rainbow w następnym roku?) Zwyczajowe otwarcie kompozycją Burn. Świetnie zagrane, jedno z najlepszych zarejestrowanych wykonań.  To samo można powiedzieć o ciężkim Mistreated. W tym ostatnim solo Ritchiego jest bardzo klimatyczne, wolne i bez zbędnego kombinowania. Kolejny utwór to Smoke on the Water, tym razem zagrane podczas zwykłego setu, a nie jak w większości przypadków na bis. Pierwszą zwrotkę śpiewa tutaj Coverdale a drugą Hughes, refren natomiast wykonują wspólnie. Na początku You Fool no One pokaz swoich umiejętności prezentuje Jon Lord, z kolei w końcówce Blackmore. Ian Paice swoje pięć minut ma w kolejnym utworze The Mule. Zagrał wspaniale, porównywalnie z tym co pokazał dwa lata wcześniej na Made in Japan. N zakończenie dostajemy rozimprowizowany Space Truckin’ z Machine Head w którym najpierw popisuje się Lord a potem Pan w Czerni. Zaczyna się prawdziwy show. Ritchie wymachuje swoją gitarą nadal na niej grając. W końcu wyrzuca ją poza scenę i bierze drugą, którą zaczyna uderzać w stojącą niedaleko kamerę.(nie znosił kamerzystów mierzących bezpośrednio w niego) Po kilku bezlitośnie wymierzonych ciosach, kilkukrotnie rzuca gitarą o podłogę sceny. W końcu i jej resztki lądują wśród publiczności. To jednak nie wszystko. Wcześniej poinstruowani techniczni rozlewają trochę benzyny, podpalają ją i następuje mały wybuch. W płomieniach staje jeden ze wzmacniaczy, który zostaje bardzo szybko zepchnięty ze sceny przez Blackmore’a. Na jednej z ocalałych gitar dogrywa ostatnie nuty utworu. Koniec występu.

Jak podają autorzy najnowszej biografii Deep Purple Ritchiemu za te wybryki groziło w Ontario aresztowanie. Dlatego przytomny menedżer zespołu od razu ewakuował gitarzystę do samochodu, który zawiózł go w miejsce gdzie stał przygotowany helikopter. Bardzo szybko opuścił on granicę stanu i przetransportował niesfornego członka zespołu do Los Angeles gdzie nie było już żadnego niebezpieczeństwa. Reszta grupy nie była o nic oskarżana więc opuściła hrabstwo bez pośpiechu. Zespół mógł być obarczony kosztami odszkodowania ale w końcu i to uszło mu na sucho.

Te dziwne wydarzenia w pewnym stopniu uczyniły występ niezapomnianym. Trzeba jednak przyznać że Purple dali na California Jamming wyśmienity koncert. Można postawić go oczko niżej od Made in Japan(MKII), ale na pewno jest to najlepszy zarejestrowany show jeśli chodzi o skład MK III (bije na głowę przykładowo wydawnictwo Made in Europe). Ostatecznie ocenię 8/10 M.P.


środa, 19 grudnia 2012

Sting Bring On The Night


Bring On The Night to swego rodzaju film dokumentalny, zawierający także zapis koncertu. Po raz pierwszy ujrzał światło dzienne w 1986 roku. Wydawnictwo na DVD video ukazało się w 2005 roku i to właśnie ono trafiło w moje ręce. Jakość muzyki i obrazu jest zadowalająca. Ponadto mamy możliwość wybrania rodzaju dźwięku stereo albo 5.1. Na płycie możemy znaleźć też trochę materiałów  dodatkowych, między innymi galerię ze zdjęciami. 

Obraz ukazuje przygotowania Stinga i jego nowo zebranego zespołu do serii występów w roku 1985. Większość scen ukazuje próby które odbywały się w prywatnej posiadłości byłego członka The Police. Sting zebrał bardzo ciekawy skład. Większość to w zasadzie muzycy jazowi, sławni w tym środowisku. Na perkusji Omar Hakim, na gitarze basowej Darryl Jones, w tamtym okresie czasu znany z występów z Milesem Davisem, dzisiaj członek The Rolling Stones. Na saksofonie Branford Marsalis i na keyboardzie Kenny Kirkland. Sam lider gra na gitarze i śpiewa. Zajmuje się także aranżacją utworów. Bardzo często udziela wszystkim muzykom wskazówek, w jakiej formie chciałby je usłyszeć, w jaki sposób mają je zagrać. W większości są to kompozycje z jego nowej w tym czasie płyty solowej The Dream of The Blue Turtles. Ujęcia z prób przeplatają się z licznymi wywiadami w których pozostali wypowiadają się na temat pracy w tym zespole, współpracy z samym Stingiem, oraz ogólnie o swoim życiu, zainteresowaniach, przeszłości muzycznej i prywatnej. Niestety nie ma możliwości uruchomienia napisów w języku polskim.

W drugiej części DVD dostajemy już zapis pierwszego z koncertów tej grupy w teatrze Mogador w Paryżu. Kurtyna idzie w górę i słyszymy pierwszy utwór. Shadows in the Rain zagrany z niezwykłą energią, zespół brzmi wprost fantastycznie, Sting pewny siebie, uśmiecha się do publiczności, która już wie, że tego występu nie zapomni. Gromkie brawa i jeszcze w czasie ich trwania zaczynają kolejny kawałek. Fortress Around Your Heart, trochę wolniejsza kompozycja z przejmującym wokalem - cudo. Mocnym punktem występu jest na pewno Childrens Crusade zawierające wpadający w ucho refren i mocno pokręcone solo Marsalisa na saksofonie sopranowym. Kolejne Need Your Love So Bad to typowy bluesik którego bardzo miło się słucha. Mamy także dwa utwory z dyskografii The Police: Roxanne z ich debiutanckiej płyty Outlandos d'Amour(1979), oraz Demolition Man z Ghost in the Machine(1981). Zespół schodzi za kulisy, ale widzowie ogromnymi owacjami domagają się bisu i dostają go. Na scenę wraca jednak tylko sam Sting. Na zakończenie wykonuje jeszcze jeden utwór z repertuaru ,,Policjantów": Message in the Bottle.         

Ogólnie wszystkie utwory utrzymane zostały w stylistyce jazzowej, aczkolwiek zagrane z całą energią właściwą dla szeroko pojętego rocka. Świetne wykonania instrumentalne wzbogacone o głos Stinga dały niesamowity efekt. Wydaje mi się, że koncert przypadnie do gustu zarówno fanom jazzu jak i nieco mocniejszego uderzenia. Pod względem muzyki to majstersztyk! Naprawdę zachęcam wszystkich do obejrzenia i skomentowania. Ogólna ocena wydawnictwa 9/10. Jeden punkcik odjąłem w tym wypadku za drobne szczegóły w rodzaju braku polskich napisów(dostępne jest kilka języków a polskiego brak) M.P.

sobota, 15 grudnia 2012

Scorpions Acoustica 2001


Acoustica to pierwsze wydawnictwo koncertowe Scorpionsów zawierające utwory w wersjach akustycznych. Występ został zarejestrowany w lutym 2001 roku w Lizbonie. Całość wydana w tym samym roku zarówno na CD audio jak i DVD video przez Warner Music. Jakość materiałów, tak obrazu jak i dźwięku stoi na wysokim poziomie - duży plus dla wydawców.
 
Parę słów na temat składu zespołu: Na perksusji James Kottak (od 1996 roku),  gitary oczywiście Matthias Jabs i Rudolf Schenker, na basie i kontrabasie Ralph Rieckermann, frontmanem niezmiennie od założenia zespołu pozostaje Klaus Meine. Na Acoustice wystąpiło także kilku muzyków wspomagających: Christian Kolonovits na pianinie i organach, Johan Daansen na gitarze akustycznej, Mario Argandona na instrumentach perkusyjnych i wspaniała Ariana Arcu na wiolonczeli.
 
Pewnie niektórym ciężko sobie wyobrazić zespół Scorpions grający akustycznie. Przecież panowie zawsze dają swoje koncerty z pełną energią, dosłownie bombardując słuchaczy mocnymi riffami gitarowymi i ostrym heavy metallowym graniem. Otóż Acoustica pokazuje wielką wszechstronność muzyków tej grupy. Nie znajdziecie na niej ciężkiego brzmienia o którym wspomniałem wcześniej, mimo to przygotujcie się na kawał naprawdę dobrej muzyki. A jest na co bo usłyszycie prawie wszystkie stare przeboje zespołu w nowych aranżacjach – świetnych aranżacjach. Scorpions słynie także z heavy metallowych ballad. Na Acoustice jest ich sporo, a w wersjach unplugged brzmią naprawdę fantastycznie. Mamy: Always Somewhere(Love Drive), You and I(Pure Instinct), Dust in the Wind(z repertuaru Kansas), Send Me an Angel(Crazy World), Under the Same Sun(Face the Heat), Back to You, Drive, I Wanted to Cry, oczywiście są też dwa wielkie hity Wind of Change(Crazy World) I Still Loving You(Love at First Sing). Z balladowych kompozycji zabrakło niestety White Dove(utwór Omegi scoverowany przez Scorpionsów w 1995 roku), When the Smoke Is Going Down i czego najbardziej żałuję In trance. Ballady to jednak nie wszystko co oferuje nam Acoustica. Dostajemy świetnie zagrane bluesujące The Zoo(Animal Magnestism), Rhythm of Love(Savage Amusement) w którym rockowy pazur w krótkiej solówce perkusyjnej pokazuje James Kottak, ciekawie brzmi Rock You Like a Hurricane(Love at First Sing) które figuruje na tym wydawnictwie pod nazwą Hurricane 2001.
 
Rockowi muzycy podeszli do akustycznego projektu z pełnym profesjonalizmem. Utwory zostały zaaranżowane tak że słucha się ich bardzo lekko i przyjemnie. Ja sam wracam do tego koncertu raz po raz. W oprawę artystyczną występu dodatkowo została zaangażowana specjalna grupa tancerek, której członkinie są często ukazywane przez kamerę. Acoustica to wydawnictwo jakże różne od bardziej klasycznych propozycji Scorpionsów w typie World Wide Live 1985, Live Bites 1995 czy Live at Wacken Open Air 2006, ale prezentujące z pewnością podobny, bardzo wysoki pułap artystyczny. Na pewno nie zawiodą się fani zespołu, a być może zwrócą na nie uwagę nawet osoby nie przepadające za hard rockiem i heavy metalem w klasycznym wydaniu niemieckiej formacji. Zdecydowanie polecam wszystkim na długie zimowe wieczory! Bardzo wysoka ocena 9/10. M.P.

piątek, 14 grudnia 2012

Deep Purple Made in Europe


Made in Europe to album live trzeciego składu Deep Purple (MKIII). Zawiera zapis utworów z trzech koncertów zagranych przez grupę w kwietniu 1975 roku. Odbyły się one kolejno w miejscowościach Graz, Saarbrucken, Olympia. Wydawnictwo po raz pierwszy ujrzało światło dzienne w październiku 1976, w wersji na CD w 1990, a ostatni raz remasterowane było w 2007 roku. Ogólnie prezentuje się niestety wyjątkowo mizernie. Oprawa graficzna nie odrzuca ale jest dość uboga: mała wkładka po rozłożeniu prezentuje jedynie po jednej fotografii każdego członka zespołu, żadnego tekstu. Jakość nagranego materiału jest słaba. Dźwięk jest bardzo marny, słychać szumy. W jednej z najnowszych biografii grupy wydanie zostało określone jako bootlegowe i nie sposób się z tym nie zgodzić.

Deep Purple MKIII tworzyli: Ritchie Blackmoore na gitarze, Glenn Hughes na gitarze basowej, Jon Lord na organach Hammonda, Ian Paice na perkusji i David Coverdale na wokalu. Warto wspomnieć, że koncerty z których pochodzi materiał na Made in Europe były jednymi z ostatnich w latach 70, na których z grupą zagrał Ritchie Blackmoore. Niedługo później jego miejsce zajmie Tommy Bolin.

Album zawiera jedynie pięć utworów. Trzy pochodzą z płyty Burn( Burn, Mistreated, You Fool no One) a dwa z dopiero co wydanego Stormbringera (Stormbringer, Lady Double Dealer) Zdecydowanie można było go wzbogacić choćby o Smoke on The Water czy Space Truckin, które przecież także były wykonywane przez trzeci skład. Przechodząc do konkretów, gra zespołu jest na poziomie. Na wejście elektryzujące Burn, potem eksplodujące wspaniałym riffem Ritchiego i mocnym wokalem Coverdale’a Mistreated to najmocniejsze punkty. Sekcja rytmiczna a przede wszystkim Ian Paice, brzmi dobrze we wszystkich utworach. Blackmoore już na wylocie z zespołu i myślami przy swojej pierwszej solowej płycie pokazuje raczej mało ze swoich umiejętności: fajne solówki w Burn i You Fool no One. Jako ostatnie dostajemy wykonanie Stormbringer, miło się słucha ale nie porywa i nie zwala z nóg. Wygląda na to że to już...wszystko?   

W ramach krótkiego podsumowania: Wydawnictwo bardzo przeciętne, żeby nie powiedzieć słabe, spodziewałem się czegoś lepszego. Made in Europe będzie z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolekcji dla koneserów. Z kolei dla tych którzy chcą tylko posłuchać , poznać Deep Purple Mk III polecam raczej zakup studyjnego albumu Burn. Długo zastanawiałem się nad ostateczną oceną niestety tylko 5/10 Słabo!. M.P.

czwartek, 13 grudnia 2012

Rainbow Live on Japan Tour 1984



Po wspaniałym okresie działalności Rainbow z Rooniem Jamesem Dio w roli głównego wokalisty i krótkim epizodzie z Grahamem Bonetem (jedna płyta) nadszedł czas na nowe wcielenie zespołu. W 1980 roku formację Ritchiego Blackmoore’a  zasilił frontman Joe Lynn Turner. Nowy wokalista częściowo wpłynął na zmianę wizerunku zespołu. W odróżnieniu od Dio jego głos brzmi nieco pop rockowo. Zrozumiałe więc iż fani Rainbow dzielą się obecnie na dwa obozy. Sam uważam za ciekawsze klasyczne wcielenie ,,tęczy” z Rooniem, ale to właśnie na temat tego drugiego przyszło mi tym razem napisać.

Live Japan 1984 to koncert zarejestrowany podczas ostatniej trasy koncertowej Rainbow przed jego rozwiązaniem przez Ritchiego(gitarzysta rozwiązał zespół ponieważ podjęto decyzję o reaktywacji Deep Purple) w tym samym roku. Wydany na DVD, w zadowalającej jakości zarówno dźwięku i obrazu, biorąc pod uwagę iż nagranie pochodzi z połowy lat 80.

Podczas trasy Japan Tour 84 Rainbow stanowili: Ritchie Blackmore, oczywiście lider i gitarzysta, wspomniany już wyżej wokalista Joe Lyn Turner. Na gitarze basowej stary znajomy Ritchiego z Deep Purple, Roger Glover występujący w Rainbow już od 1978 roku. Na instrumentach klawiszowych David Rosenthal i na perkusji Chuck Burgi.

Koncert ciężko porównać do tych z czasów kiedy wokalistą był Dio i w zasadzie nie powinno się tego robić. Na live Japan zespół zaprezentował większość nowych wtedy utworów z trzech płyt nagranych z Turnerem: Difficult to Cure(1981), Straight Between the Eyes(1982), Bent Out of Shape(1983.) Moim zdaniem Joe najlepiej wypadł w utworach nieco wolniejszych, tych z lekkim zabarwieniem popowym jak na przykład Street of Dreams. Mamy też bardzo fajne wykonania otwierającego występ Spotlight Kid czy I Surrender z Difficult to Cure. Ze starszych kompozycji słyszymy Catch the Rainbow z pierwszej płyty Ritchie Blackmore’s Rainbow. Ballada jednak w wykonaniu Turnera nie brzmi już tak wzruszająco jak za czasów Rooniego, niestety to już zupełnie inny klimat. Ritchie Blackmoore przez cały koncert prezentuje najwyższą formę zarówno podczas gry solówek jak i w grze rytmicznej. Na uwagę zasługują riffy w Power i Stranded, czy wirtuozerski popis w Difficult to Cure podczas którego na chwilę podłącza się orkiestra symfoniczna. Bardzo podobają mi się też melodyjne solóweczki w wymienionych już wcześniej utworach Street of Dreams i I Surrender - po prostu majstersztyk. Na uwagę zasługuje też instrumentalny Ritchie’s Blues – swego rodzaju pojedynek solówkowy Ritchiego i klawiszowca Davida Rosenthala. Oprócz Blackmoore’a zarówno Rosenthal jak i perkusista Chuck Burgi mają swoje pięć minut podczas których prezentują własne umiejętnosci przy jednoczesnym wyłączeniu się pozostałych członków zespołu. Jeżeli chodzi o Rogera Glovera to gra w tym zespole już od kilku lat, widać że czuje się pewnie na scenie i tę pewność przelewa na świetną grę. Na zakończenie dostajemy Smoke on The Water, oczywiście z repertuaru Deep Purple. Mnie osobiście jako fanowi purpurowych ta wersja zdecydowanie nie przypadła do gustu. Turner śpiewa tu w zupełnie inny sposób niż Gillan, jakby zbyt łagodnie. Nie twierdzę absolutnie, że jest złym wokalistą, mimo wszystko jednak Smoke... to moc i energia i w ten sposób należy to śpiewać.

Podsumowując Live Japan 1984 to jednak dobry koncert. Wspaniali instrumentaliści i mimo wszystko dobry wokalista. Całkiem przyzwoity dobór utworów, stawiający na pierwszym miejscu te z albumów nagranych już z Turnerem( i bardzo dobrze bo po co prowokować porównania do Dio). Wielbiciele Deep Purple mogą chwilami się nudzić ale gdy usłyszą grę swojego gitarowego idola(czyżby już w tym samym roku miała zostać wydana płyta Perfect Strangers?) zawiedzeni na pewno nie będą. Kawałek dobrej muzyki moja ocena 7/10. M.P.