Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep purple. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Deep purple. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 czerwca 2015

Deep Purple - The House of Blue Light


Dzisiaj chciałem zająć się recenzją płyty Deep Purple The House of Blue Light, która bardzo często mieszana jest z błotem. Właściwie to mam zamiar stanąć w jej obronie, a przynajmniej częściowo. Jest to jeden z tych albumów których w przeszłości słuchałem tak dużo, że dzisiaj do nich w ogóle nie wracam za to nadal darzę ogromnym sentymentem.

Po wielkim sukcesie Perfect Strangers i obejmującej kilka kontynentów trasie koncertowej Purple podjęli decyzję nagrania kolejnej płyty studyjnej. Niestety sielankowa atmosfera wcześniejszych sesji w Stowe nie powtórzyła się. Długie miesiące koncertowania dały się muzykom we znaki i spór Gillana z Blackmorem powoli nabierał na nowo impetu. Pozostali muzycy też byli w złych nastrojach mimo to na szczęście udało im się bez rozlewu krwi zarejestrować zestaw utworów, który ukazał się w styczniu 1987 roku na The House of Blue Light.

Często słyszę rzucanie mięsem i wylewanie całych wiader pomyj na The House of Blue Light: bo beznadziejne brzmienie zepsute przez stylistykę lat 80, bo słabe utwory, bo wypalenie zespołu. Bardzo dziwi mnie zarzut o brzmienie rzucany przez osobę, która Perfect Strangers uważa za najlepszy(bądź jeden z nich) album Deep Purple. Sprawą oczywistą jest, że na The House of Blue Light kompozycje są słabsze, ale samo brzmienie jest bardzo porównywalne(z małymi wyjątkami) i z tym faktem ciężko polemizować. Byłbym nawet w stanie postawić na to, że gdyby to dom niebieskiego światła ukazał się w 1984 roku a nie ponad dwa lata później, mógłby też odnieść jako taki sukces. Rozumiem zatem trzymanie się zarzutów o brzmienie, jeśli ktoś jest fanem purpurowych tylko do rozpadu składu MK II w 1973 roku ewentualnie do całkowitego rozpadu trzy lata później, w przeciwnym razie uważam wysuwanie tego argumentu za małą hipokryzję. Wypalenie zespołu? O nie na to dopiero przyjdzie czas. Co do słabych utworów, zobaczmy więc co dostaliśmy. 

Bad Attitude to być może najlepszy utwór na płycie - czysta purpurowa moc. Ropoczęty i zakończony brzmieniem lordowskiego hammonda przywodzi od razu na myśl Knockin At Your Back Door jednocześnie niewiele mu ustępując. Unwritten Law to kolejna fantastyczna kompozycja z energicznym refrenem i świetną linią melodyczną, dzięki którym może się spokojnie równać z każdym utworem na Perfect Strangers. Szkoda, że często krytykuje się Call of the Wild w którym ja osobiście słyszę spory potencjał. Rzeczywisćie byłoby lepiej gdyby zamiast szlifować go do radia dodać mu trochę purpurowej mocy takiej którą posiada kolejny Mad Dog. Oparty na całkiem konkretnym riffie Ritchiego niestety kompletnie zepsuty produkcyjnie, do końca pogrążony przez kiczowate solo Lorda. Black & White to może i średniak ale przypominam, że na poprzednim wydawnictwie też takie się znajdują. Czas na najgorszy punkt czyli Hard Lovin' Woman - to prawda słabizna jakich mało ale i tak o niebo lepsza od tego co ukaże się na Slaves and Masters za trzy lata(piszę o tym bo co niektórzy skłonni są umieszczać te dwa albumy w tym samym worku na śmieci). Dalej jest tylko lepiej: The Spanish Archer to gitarowy kolos w którym nasłuchamy się sporo popisów Ritchiego. Monumentalne bo sześcio minutowe, nieco eksperymentalne(jak na purpli oczywiście) Strangeways też się broni. Mitzie Dupree - pop rockowy blues niezbyt wysokich lotów który mogli sobie darować bez straty dla całości. Album zamyka oparty na iście punkowym rytmie Dead or Alive, który często był grany na koncertach i w wersji live znacznie zyskiwał.      
Rzeczywistym faktem jest, że płytę The House of Blue Light w porównaniu do poprzedniczki przyjęto bardzo słabo. W dużej mierze wynika to jednak z tego, że na Perfect Strangers ludzie czekali i czekali aż...8 lat. Wielu fanów było spragnionych powrotu purpurowych w jakimkolwiek wydaniu i składzie. W przypadku kolejnego albumu smok był już syty, najedzony dobrym materiałem z Perfect Strangers, wymagania więc rosły i rosły... w tej sytuacji słabsza sprzedaż nie specjalnie mnie dziwi i nie może być absolutnie żadnym argumentem przeciwko omawianemu wydawnictwu. 

Nie stawiam The House of Blue Light na równi z Perfect Strangers ani tym bardziej z In Rock czy Machine Head. Jest to album może nie tak udany jak jego poprzednik ale zaliczanie go do najsłabszych dokonań Deep Purple jest jakąś wielką pomyłką. Jednorazowe przesłuchanie Slaves and Masters czy kilku późniejszych albumów bez Blackmore'a tylko potwierdza mój punkt widzenia.

6/10   
  










         

piątek, 26 czerwca 2015

Deep Purple - Slaves and Masters


Korzystając z krótkiego odpoczynku od jazz rockowych klimatów, postanowiłem napisać dla odmiany trochę na temat jednej z najmniej znanych płyt Deep Purple - Slaves And Masters. Album jest zazwyczaj bardzo krytykowany a ja chciałem... jeszcze bardziej zmieszać go z błotem.

W roku 1989 spór na linii Ritchie Blackmore - Ian Gillan osiągnął apogeum i wokalista został wyrzucony z zespołu, po raz drugi w jego historii (jeśli ktoś jest zainteresowany dziejami grupy to odsyłam do mojego artykułu historie-zespołów-deep-purple). Pozostała czwórka postanowiła kontynuować działalność więc najważniejszą sprawą stało się w tym momencie zwerbowanie nowego frontmana. Pojawiały się takie kandydatury jak Paul Rodgers(Free, Bad Company), Jimi Jamison(Survivor) a nawet David Coverdale i Ronnie James Dio. Ostatecznie Ritchie Blackmore przeforsował swój pomysł przyjęcia Joe Lynn Turnera a pozostali przystali na to acz niechętnie(obawy głównie dotyczyły możliwości przeistoczenia się Deep Purple w Rainbow, w którym w latach 1981-1984 wraz z Ritchiem występował Turner). Nowe Deep Purple Mark V już w roku 1990 wkroczyło do studia i nagrało Slaves And Masters.

Album otwiera King of Dreams, kompozycja całkiem znośna ale gdy słuchałem jej pierwszy raz nie byłem pewien czy słucham Deep Purple czy Rainbow w swoim gorszym wcieleniu. Dalej mamy niby to ostre, prawie metalowe The Cut Runs Deep, które jednak brzmi tragicznie plastikowo (podobno gra tu automat perkusyjny bo Paice nie zdążył na sesję). Kompozycję ratują fajne sola Blackmore'a i Lorda. Fire in The Basement kolejny utwór w szybkim tempie zaliczam do najlepszych na albumie. Truth Hurts i Breakfast in Bed nie brzmią zupełnie jak Deep Purple, szczególnie ten ostatni kojarzy mi się raczej z pop rockowym obliczem Bad Company. Love Conquers All to cukierkowa, kiczowata porażka pełna patosu - ludzie to już nawet nie jest pop, coś takiego nie miało nigdy prawa ukazać się pod purpurowym szyldem. Czarę goryczy przelewa beznadziejne Too Much is Not Enough z chórkami w tle tego tępego refrenu. Kończące płytę 6 minutowe Wicked Ways miało chyba potencjał zostało jednak skrzywdzone od strony produkcyjnej bo nie brzmi tak jakby mogło.      

Slaves And Masters to najgorsza studyjna płyta zespołu od początku jego kariery. Całość brzmienia ratuje Ritchie Blackmore, swoimi solówkami przypominając nam od czasu do czasu, że słuchamy Deep Purple to jednak za mało żeby uznać płytę chociaż za średnią. Do tego wszystkiego jeszcze ta kiczowata okładka. M.P.

2/10


poniedziałek, 8 czerwca 2015

Whitesnake - The Purple Album


Jako wielki fan twórczości Deep Purple, znając też ostatnie dwie płyty Whitesnake'a (God to be Bad i Forevermore) do słuchania The Purple Album podszedłem z dużym dystansem, nie nastawiając się na zbyt wiele, jednak to co usłyszałem przeszło niestety moje największe obawy.

Po pierwsze zastanawia mnie co skłoniło Davida Coverdale'a do popełnienia albumu tego rodzaju? Pieniądze i sława z pewnością nie bo te już posiada, jak sam twierdzi zrobił to w hołdzie dla muzyków Deep Purple  dzięki którym zabłysnął w muzycznym biznesie. Początkowo Coverdale toczył rozmowy z Ritchiem Blackmorem na temat odświeżenia starych ,,purpurowych" hitów. Pech chciał, że projekt Coverdale/Blackmore nie doszedł ostatecznie do skutku i David przeniósł inicjatywę na swój zespół. No właśnie warto w tym miejscu wspomnieć, że poprzedniego gitarzystę białego węża Dougha Aldridge'a zastąpił teraz Joel Hoekstra. 

Utwory na The Purple Album to nowe można powiedzieć odświeżone wersje pierwowzorów nagranych w latach 1974 - 1975 przez Deep Purple mark III na płytach studyjnych Burn, Stormbringer i Come Taste the Band. Większość z nich prawie nie przypomina swoich oryginalnych odpowiedników, z powodu przearanżowania na styl ,,whitesnakeowski". Pod względem technicznym oczywiście nie można muzykom niczego zarzucić ale pytam się gdzie podział się cały klimat? Niestety w mojej opini brak go w 90% utworów, a szczególnie w kamieniach milowych typu Burn czy Soldier of Fortune, które zostały zupełnie wyprane ze swojej magii! Głos Coverdale'a brzmi momentami jak cień przeszłości a wszechobecne niegdyś partie hammondów Jona Lorda zeszły na drugi plan, ba! są właściwie nieobecne. Słuchalnymi średniakami są Mistreated i Might Just Take Your Life, natomiast całkiem nieźle zaaranżowany został Stormbringer. Niestety nawet w tym ostatnim gitarzyści nie mogli powstrzymać się od stworzenia ściany dźwięku i od przerośniętych technicznych pojedynków solowych, a szkoda wystarczyło sobie przypomnieć jak klimatycznie grał to pan Blackmore...

Nie wiem po co właściwie ktoś miałby sięgać po The Purple Album w miejsce starych dobrych studyjnych albumów więcej niż jeden jedyny raz. Mam przy tym nadzieję, że nie przesłucha tego ,,Pan w Czerni" bo skutki dla Davida mogą się okazać opłakane. Słabo 3/10.

sobota, 9 marca 2013

Deep Purple Nobody's Perfect


Nobody's Perfect to podwójny album koncertowy drugiego składu Deep Purple (MKII)* wydany 16 lipca 1988 roku. Producentem był sam Roger Glover, basista zespołu. Wydawnictwo zawiera wyselekcjonowany zbiór utworów z trasy koncertowej roku 1987. Pod względem technicznym prezentuje się niestety słabo. Jakość dźwięku zarejestrowanego materiału nie jest wysoka. Wyciszenia pomiędzy kolejnymi utworami sprawiają że album traci na spójności charakterystycznej dla wydań live. Wkładka graficzna oferuje nam tytuły utworów z informacjami na ich temat, oraz kilka zdjęć grupy z lat 80. Obecnie Nobody's Perfect jest pozycją stosunkowo trudno dostępną, co czyni z niej ciekawy okaz dla kolekcjonerów. Sam poszukiwałem jej przez dłuższy czas i w końcu moje starania zostały nagrodzone ale czy w wystarczającym stopniu?

W założeniu Glovera Nobody's Perfect miało być zestawieniem utworów granych podczas ostatniej minionej  trasy, z naciskiem na prezentację tych pochodzących z dwóch najnowszych albumów: The House of Blue Light(1987) i Perfect Strangers(1984). Mając te informację na uwadze, zobaczmy co my tu mamy. Biorąc pod uwagę oba CD, znajdziemy na nich łącznie 5 utworów z wymienionych wyżej płyt. Są to: rozpędzone wersje Bad Attitude, Hard Lovin Woman, Knockin at Your Back Door. Do tego klasyczne już wtedy Perfect Strangers i znienawidzone przez Gillana Dead or Alive. Powiem szczerze, taki dobór nowych utworów nie usatysfakcjonował mnie w pełni. Brakuje szczególnie dwóch koncertowych pewniaków z tego okresu: Unwritten Law i Call of the Wild. Fajnie byłoby usłyszeć też wersję live ballady Wasted Sunset. Niestety przyszło mi obejść się smakiem. Reszta utworów to właściwie powtórka repertuaru z legendarnego Made in Japan. Mamy więc cały zbiór: Highway Star, Child in Time, Strange Kind of Woman, Lazy, Black Night, Space Truckin, oczywiście nie mogło zabraknąć Smoke On the Water. Na końcu drugiego krążka umieszczono ponownie nagrany utwór Hush pochodzący pierwotnie z pierwszego albumu grupy: Shades of Deep Purple z 1968 roku. Wiem, że wielu fanom ta wersja nie przypadła do gustu, mnie osobiście się podoba. Ukazuje kwintesencję brzmienia Purpli w latach 80, które bardzo lubię.

Mieliśmy dostać solidną porcję nowych wówczas utworów, a zamiast tego zaserwowano nam w większości odgrzewane kotlety. Zagrane zostały co prawda bardzo dobrze ale słuchając ich ciężko oprzeć się wrażeniu że...to już było ponad dekadę wcześniej. Sami muzycy, a szczególnie wokalista Gillan wypowiadają się raczej negatywnie o pracy producenckiej swojego kolegi Rogera na Nobody's Perfect.
 Ian Gillan: No i o co tu chodzi? Zestaw nagrań które każdy wcześniej słyszał plus nowa wersja ,,Hush"? Nobody's Perfect okazało się właściwie powtórką z Made in Japan, ja jednak uważam, że ludzie nie zasługują na odgrzewanie w kółko tych samych starych kawałków.     
Słowa wokalisty są wystarczająco ostre, żeby nie mieć wątpliwości, że zamierzony efekt producencki nie został w tym wypadku osiągnięty. Nobody's Perfect zostałby prawdopodobnie lepiej przyjęty gdyby zrobiono z niego wydawnictwo jedno płytowe prezentujące rzeczywiście nowsze utwory. Mimo sporej krytyki jakiej doczekało się to Live, ja jednak uważam że całkiem przyjemnie da się go posłuchać. Osobom które nie miały okazji poznać jak brzmieli Deep Purple na żywo, zaproponował bym zacząć jednak w pierwszej kolejności od Made in Japan. Ostatecznie nie można ocenić Nobody's Perfect niżej niż 7/10, to przecież purpurowi w swoim najmocniejszym składzie. 

*Deep Purple MkII:
Ian Gillan - wokal
Ritchie Blackmore - gitara
Roger Glover - gitara basowa
Jon Lord - klawisze
Ian Paice - perkusja




Ritchie Blackmore i Ian Gillan piją piwo na przebieranej imprezie po wydaniu Nobody's 1988 rok.








   

czwartek, 20 grudnia 2012

Deep Purple California Jamming 1974


Festiwal California Jamming odbył się 6 kwietnia 1974 roku na Ontario Motor Speedway. Jedną z głównych gwiazd był zespół Deep Purple występujący w tym okresie w składzie MK III (Blackmore, Lord, Paice, Hughes, Coverdale) Zarejestrowany występ został  wydany zarówno w formacie CD audio jak i DVD video kolejno w latach 2003 i 2004. Jakość dźwięku i obrazu oczywiście bardzo przeciętna jak to zwykle bywa z tego typu materiałem nagrywanym w latach 70. Dlatego nie można podchodzić do tej kwestii przesadnie krytycznie.

Deep Purple live California Jamming to jeden z najbardziej znanych, można by powiedzieć historycznych występów w karierze zespołu. Częściowo na pewno ze względu na muzykę, ale  jednak także z powodu dość sensacyjnego przebiegu wydarzeń mających miejsce już po zakończeniu muzycznego przedstawienia.

W pierwszej kolejności krótko o samej muzyce. Dobór utworów bardzo standardowy jak na skład MK III.  Wychodzą na scenę nad którą góruje zamontowana tęcza(znak szczególny California Jamming, czyżby zapowiedz utworzenia przez Ritchiego Rainbow w następnym roku?) Zwyczajowe otwarcie kompozycją Burn. Świetnie zagrane, jedno z najlepszych zarejestrowanych wykonań.  To samo można powiedzieć o ciężkim Mistreated. W tym ostatnim solo Ritchiego jest bardzo klimatyczne, wolne i bez zbędnego kombinowania. Kolejny utwór to Smoke on the Water, tym razem zagrane podczas zwykłego setu, a nie jak w większości przypadków na bis. Pierwszą zwrotkę śpiewa tutaj Coverdale a drugą Hughes, refren natomiast wykonują wspólnie. Na początku You Fool no One pokaz swoich umiejętności prezentuje Jon Lord, z kolei w końcówce Blackmore. Ian Paice swoje pięć minut ma w kolejnym utworze The Mule. Zagrał wspaniale, porównywalnie z tym co pokazał dwa lata wcześniej na Made in Japan. N zakończenie dostajemy rozimprowizowany Space Truckin’ z Machine Head w którym najpierw popisuje się Lord a potem Pan w Czerni. Zaczyna się prawdziwy show. Ritchie wymachuje swoją gitarą nadal na niej grając. W końcu wyrzuca ją poza scenę i bierze drugą, którą zaczyna uderzać w stojącą niedaleko kamerę.(nie znosił kamerzystów mierzących bezpośrednio w niego) Po kilku bezlitośnie wymierzonych ciosach, kilkukrotnie rzuca gitarą o podłogę sceny. W końcu i jej resztki lądują wśród publiczności. To jednak nie wszystko. Wcześniej poinstruowani techniczni rozlewają trochę benzyny, podpalają ją i następuje mały wybuch. W płomieniach staje jeden ze wzmacniaczy, który zostaje bardzo szybko zepchnięty ze sceny przez Blackmore’a. Na jednej z ocalałych gitar dogrywa ostatnie nuty utworu. Koniec występu.

Jak podają autorzy najnowszej biografii Deep Purple Ritchiemu za te wybryki groziło w Ontario aresztowanie. Dlatego przytomny menedżer zespołu od razu ewakuował gitarzystę do samochodu, który zawiózł go w miejsce gdzie stał przygotowany helikopter. Bardzo szybko opuścił on granicę stanu i przetransportował niesfornego członka zespołu do Los Angeles gdzie nie było już żadnego niebezpieczeństwa. Reszta grupy nie była o nic oskarżana więc opuściła hrabstwo bez pośpiechu. Zespół mógł być obarczony kosztami odszkodowania ale w końcu i to uszło mu na sucho.

Te dziwne wydarzenia w pewnym stopniu uczyniły występ niezapomnianym. Trzeba jednak przyznać że Purple dali na California Jamming wyśmienity koncert. Można postawić go oczko niżej od Made in Japan(MKII), ale na pewno jest to najlepszy zarejestrowany show jeśli chodzi o skład MK III (bije na głowę przykładowo wydawnictwo Made in Europe). Ostatecznie ocenię 8/10 M.P.


piątek, 14 grudnia 2012

Deep Purple Made in Europe


Made in Europe to album live trzeciego składu Deep Purple (MKIII). Zawiera zapis utworów z trzech koncertów zagranych przez grupę w kwietniu 1975 roku. Odbyły się one kolejno w miejscowościach Graz, Saarbrucken, Olympia. Wydawnictwo po raz pierwszy ujrzało światło dzienne w październiku 1976, w wersji na CD w 1990, a ostatni raz remasterowane było w 2007 roku. Ogólnie prezentuje się niestety wyjątkowo mizernie. Oprawa graficzna nie odrzuca ale jest dość uboga: mała wkładka po rozłożeniu prezentuje jedynie po jednej fotografii każdego członka zespołu, żadnego tekstu. Jakość nagranego materiału jest słaba. Dźwięk jest bardzo marny, słychać szumy. W jednej z najnowszych biografii grupy wydanie zostało określone jako bootlegowe i nie sposób się z tym nie zgodzić.

Deep Purple MKIII tworzyli: Ritchie Blackmoore na gitarze, Glenn Hughes na gitarze basowej, Jon Lord na organach Hammonda, Ian Paice na perkusji i David Coverdale na wokalu. Warto wspomnieć, że koncerty z których pochodzi materiał na Made in Europe były jednymi z ostatnich w latach 70, na których z grupą zagrał Ritchie Blackmoore. Niedługo później jego miejsce zajmie Tommy Bolin.

Album zawiera jedynie pięć utworów. Trzy pochodzą z płyty Burn( Burn, Mistreated, You Fool no One) a dwa z dopiero co wydanego Stormbringera (Stormbringer, Lady Double Dealer) Zdecydowanie można było go wzbogacić choćby o Smoke on The Water czy Space Truckin, które przecież także były wykonywane przez trzeci skład. Przechodząc do konkretów, gra zespołu jest na poziomie. Na wejście elektryzujące Burn, potem eksplodujące wspaniałym riffem Ritchiego i mocnym wokalem Coverdale’a Mistreated to najmocniejsze punkty. Sekcja rytmiczna a przede wszystkim Ian Paice, brzmi dobrze we wszystkich utworach. Blackmoore już na wylocie z zespołu i myślami przy swojej pierwszej solowej płycie pokazuje raczej mało ze swoich umiejętności: fajne solówki w Burn i You Fool no One. Jako ostatnie dostajemy wykonanie Stormbringer, miło się słucha ale nie porywa i nie zwala z nóg. Wygląda na to że to już...wszystko?   

W ramach krótkiego podsumowania: Wydawnictwo bardzo przeciętne, żeby nie powiedzieć słabe, spodziewałem się czegoś lepszego. Made in Europe będzie z pewnością ciekawym uzupełnieniem kolekcji dla koneserów. Z kolei dla tych którzy chcą tylko posłuchać , poznać Deep Purple Mk III polecam raczej zakup studyjnego albumu Burn. Długo zastanawiałem się nad ostateczną oceną niestety tylko 5/10 Słabo!. M.P.

środa, 12 grudnia 2012

Deep Purple: Come Hell or High Water


Po Made in Japan nadszedł czas na recenzję kolejnego wydawnictwa koncertowego w dorobku Deep Purple. Tym razem pod moją lupę trafił album Come Hell or High Water. Dostępny zarówno w wersji DVD video jak i CD audio. Na mojej półce znajduje się w wersji CD.

Wydany w listopadzie 1994 roku Come Hell or High Water jest zestawieniem utworów zarejestrowanych podczas trasy koncertowej The Battle Rages On tour live 1993. Część utworów pochodzi z zapisu wystepów w niemieckim Stutgarcie, a część z angielskiego Birmingham. Po raczej słabo ocenionej przez krytyków płycie Slaves and Masters i krótkim okresie Deep Purple z Joe Lynn Turnerem w roli wokalisty, jakby z okazji 25-lecia istnienia zespołu fani ponownie dostają szansę usłyszenia ,,Wielkiej Piatki"  w swoim pełnym, a zarazem najlepszym składzie, z Ianem Gillanem w roli frontmana. Pytanie czy panowie nadal mają coś do zaprezentowania? Odpowiedź brzmi: zdecydowanie tak, ale wszystko po kolei.

Zaczynamy standardowo, oczywiście Highway Star. Odrazu słyszymy, że zespół nadal brzmi świetnie. Ritchie, Ian, Roger i Jon grają jak za starych dobrych lat. Co prawda solówki są trochę krótsze, mniej szalone niż w latach 70, za to bardziej przemyślane i prezentujące wielkie doświadczenie muzyków. Zdecydowanie gorzej wypada Ian Gillan, którego głos nie jest już taki mocny jak kiedyś. Koniec końców nie ma się co dziwić a lata przecież lecą. Kolejny utwór Black Night całkiem fajnie wykonany, zakończony wokalną zabawą Gillana z publicznością. Nie mogło obyć się bez Perfect Strangers – purpurowego hymnu lat 80. Siedzimy więc, słuchamy starego dobrego hard rocka i...wracają nam wspomnienia. Następnym kawałkiem jest countrowa ballada Anyones Daughter z płyty Fireball. Bardzo fajnie się jej słucha w wersji live. Cały numer utrzymany jest w świetnym klimacie, na uwagę zasługuje wpadające w ucho, melodyjne solo gitarowe Blackmoore’a. Ogólnie rzecz ujmując bardzo mocny punkt albumu. Pora na Child in Time – muzycznie nieźle, ale ze względu na Iana Gillana utwór nie powinien znaleźć się na tej płycie. Jedno ze słabszych wykonań wokalnych. O ile w zwrotkach wokalista brzmi dobrze to w refrenie jego dawny wrzask przepełniony niesamowitą energią zamienia się w krzyk rozpaczy. Słabo Ian czyżby pora przejść na emeryture? Nie to jeszce nie czas, ale z pewnością należy pomyśleć o rozsądniejszym doborze repertuaru. Po Child in Time dostajemy mój ulubiony numer z jubileuszowej płyty The Battle Rages OnAnya. Wykonanie dobre naładowane energią i w końcówce mocno rozimprowizowane należy zaliczyć do mocnych punktów. Na zakończenie Speed King i oczywiście Smoke on The Water. Oba jak zwykle doskonałe. Zabrakło wielu wspaniałych utworów ale oczywiście nie da się wszystkiego upchać na jedno wydawnictwo.

Mimo upływu lat Deep Purple na koncertach trasy roku 1993 prezentowało wysoki poziom muzyczny. Szkoda tylko że już w niedługim czasie z powodu sporów z pozostałymi członkami zespół opuścił Ritchie. Jeśli chodzi o jakość samego wydawnictwa, jest w porządku. Zarówno dzwięk, jak i obraz w wersji na DVD nie budzą zastrzeżeń. Moja ocena 6/10 może niska ale wśród purpurowych dóbr możemy naprawdę przebierać, dlatego wydaje mi się, że Come Hell or High Water znajdzie się raczej tylko w rękach co bardziej zagorzałych fanów Purpli.

Michał Pawlica

Deep Purple Made in Japan




 Pierwszą płytą Deep Purple, którą słyszałem było The Battle Rages On. Jest to album wydany z okazji 25 – lecia powstania zespołu. Pomyślałem wtedy: ,,no no chłopaki naprawdę potrafią grać”. Dzisiaj po ponad 10 latach śledzenia muzyki i historii zespołu mogę stwierdzić, że moją muzyczną przygodę z ,,głęboką purpurą” zaczynałem właściwie od jednej ze słabszych płyt. Jeśli chodzi o wydawnictwa koncertowe CD bądź DVD w przypadku Deep Purple możemy długo przebierać. Tym razem postanowiłem podjąć się recenzji jednego ze starszych koncertów, pochodzącego ze złotego okresu kariery ,,Wielkiej Piątki”. Mowa oczywiście o Made in Japan zarejestrowanym w dniach 15-17 sierpnia 1972 roku w Osace. Koncert został wydany w postaci dwóch CD audio. CD1: Made in Japan zawiera zapis utworów wykonanych w dniach 15,16,17 sierpnia z kolei CD2: The Encores w dniach 16 i 17 sierpnia. Wydawnictwo Emi records remasterowało Made in Japan w 1998 roku i ta właśnie wersja trafiła do moich rąk. Wizualnie prezentuje się bardzo fajnie, dostajemy wkładkę przedstawiającą fotografie z występu, oraz trochę tekstu na temat trasy koncertowej. Ciekawostką jest fakt iż zdjęcie zamieszczone na głównej okładce płyty nie dokumentuje wcale występu w Japoni ale jeden z tych w Londynie.      
          
Panowie zaczynają tradycyjnym otwarciem większości koncertów w ówczesnych latach. Słyszymy delikatny, miarowy rytm na werblu, wybijany przez Iana Paice'a. Fani już wiedzą, to Highway Star. Mija chwila i purpurowa maszyna się rozkręca. Drugi utwór rozpoczynają charakterystyczne organy Hammonda – Jon Lord gra wstęp do Child in time z płyty In Rock. Dochodzimy do refrenu i z początku spokojna kompozycja wprost eksploduje wokalizą młodego głosu Iana Gillana. Słyszałem wiele wykonań Child in Time, ale to jest jedno z najlepszych. W przeciwieństwie do wersji studyjnej, niesie za sobą niewyobrażalny ładunek energii. Nie jest to tylko zasługa wokalisty bowiem sekcja rytmiczna pracuje wspaniale, a solówki Lorda i Blackmoore'a należą do najwyższej rockowej półki. Kolejny kawałek to jeden z tych, których nie ma prawa zabraknąć na żadnym z występów Deep Purple. Smoke on the Water z dopiero co wydanej w tamtym czasie płyty Machine Head, już zdążyło stać się znakiem rozpoznawczym zespołu. Do tego to live wykonane zostało na bardzo wysokim poziomie. Następny utwór to The Mule z płyty Fireball. Tym razem swoje pięć minut dostał Ian Paice i zaprezentował nam swoje wysokie umiejętności konstruując ciekawą perkusyjną solówkę. Ostatnie dwa utwory zamieszczone na pierwszej płycie koncertowej to Lazy i Space Truckin’, oba z albumu Machine Head. Jak dla mnie Space Truckin jest tu trochę na siłę przedłużony, trwa aż dwadzieścia minut. Druga płyta koncertowa zawiera trzy utwory: Black Night, Speed King i Lucille. Najciekawsze jest tutaj chyba wykonanie Black Night, które zwraca uwagę na dobrą grę sekcji. 

Made in Japan pod względem muzyki bije na głowę późniejsze wydawnictwa koncertowe w rodzaju Nobody’s Perfect czy Come Hell or High Water. Muzyczny majstersztyk bardzo dobrze oceniany przez krytyków. Ja uważam go za najlepszy koncert Deep Purple i jeden z najlepszych rockowych w ogóle. Polecam każdemu, kto chce się przekonać jak brzmieli Purple na żywo w szczytowym okresie swojej działalności muzycznej. Z czystym sercem mogę ocenić 10/10  M.P.

Muzycy:

 Ian Gillan: wokal
 Ritchie blackmoore: gitara
 Jon Lord: organy hammond

 Ian Paice: perkusja
 Roger Glover: gitara basowa

 Lista utworów:

 CD I
 Highway Star
 Child In Time
 Smoke On The Water
 The Mule
 Strange Kind Of Woman
 Lazy
 Space Truckin' 

 CD II
 Black Night
 Speed King
 Lucille